Godeanu jak Mordor

Retezat – o tym, jak zasiedliłam łąkę niedźwiedziowi
14 czerwca, 2021
Góry Czerny – gdy ułożysz plan, życie zagra ci na nosie
13 czerwca, 2021

Za najwyższym szczytem Munţii Cernei – Dobrii rozpościera się wielka przełęcz - Curmătura Olănelor, od której zaczyna się Masyw Godeanu. To znacznie wypiętrzone pasmo o łagodnej rzeźbie z dolinami i jeziorami polodowcowymi. utaj po zejściu ze szczytu w strugach deszczu znalazłam się w chacie.

Wieczorem do chaty przyszli Czesi. Kilkuosobowa grupka. Bardzo się ucieszyłam ich widokiem. To pierwsi turyści na moim szlaku. Skomunikowaliśmy mapy - bo przecież ciągle nie mam map offline.

Potwierdziło się, że zeszłam nie z tej strony góry Godeanu i jutro trzeba będzie się tam wspinać z powrotem. Ale i tak nie zamieniłabym tej chaty na nic innego.

Następnego dnia Margareta postanowiła odprowadzić mnie przez rzekę. Reszta drużyny nie spieszyła się z wyjściem. Na szczycie Godeanu dowiedziałam się o sobie, że wcale tak dobrze nie nawiguję z mapą i kompasem. Minęło trochę czasu zanim się połapałam, że moja droga biegnie przez właśnie te olbrzymie łaty śniegu. I wtedy spadł grad. Cofnęłam się na szczyt i zakutana w płaszcz siedziałam, chroniąc buty i czekając aż minie.

Nadeszła jedna z Czeszek i usiadła koło mnie, powiedziała, że siedzimy jak Frodo i Sam przed Mordorem. Potem nadeszli pozostali. Odczekaliśmy z pół godziny aż grad przestał walić. Margareta postanowiła się odłączyć od swojej grupy i towarzyszyć mi na Gugu - najwyższy szczyt Godeanu.

Czułam się wspaniale, zwłaszcza że wcale nie było łatwo ze względu na liczne łaty i języki śnieżne, które albo omijałyśmy, albo przechodziłyśmy uważnie. Burza deptała nam po piętach. Cały czas się jej spodziewałyśmy.

Ze szczytu na wysokości 2291 m n.p.m. roztaczał się imponujący widok na na góry Godeanu i Retezat.

Ośnieżone szczyty Retezatu będą jutro moje. Tymczasem z Gugu zeszłyśmy do doliny po drugiej stronie i tym samym moja trasa uległa modyfikacji. Spałyśmy w chacie turystycznej- napaliłyśmy w piecu, ugotowałyśmy jedzenie. Wykąpałam się nago w lodowatym potoku - dla mnie morsowanie jeszcze się najwyraźniej nie skończyło. Rozmawiałyśmy po rosyjsku. Miałam przez chwilę kapitalną towarzyszkę, nadającą na tych samych falach, lubiącą podobne rzeczy. To nie będzie jedyny nasz wspólny trekking.

Następnego dnia zeszłyśmy do jeziora - Lacul de Acumulare Góra Apei. Tu czekała nas trudna wędrówka najpierw wzdłuż rzeki, a później przez most, którego nie było. Trudna, bo wiodąca samym brzegiem rzeki, która z brzegów wystąpiła. Margareta zaliczyła jeden upadek do wody, ale twarda jest, wylała wodę z butów i poszła dalej. Most najprawdopodobniej się zawalił i ktoś położył na rzece wielkie rury. Pewnie są całkiem w porządku, tylko nie teraz, gdy rozstapia się śnieg i woda wali jak szalona. Ja nie wiem, jak myśmy to przeszły. Drugi raz bym tego nie zrobiła. Tego dnia, wspinając się do schronu Bucura na wysokości 2041 m n.p.m., będę wieszać buty na plecaku jeszcze dwa razy, żeby przedostać się na drugą stronę rwącego potoku. Na szczęście moje stopy lubią lodowatą wodę i śnieg.

Rozstałyśmy się z żalem na granicy parku z napisem "uwaga niedźwiedzie". To ja poszłam w te niedźwiedzie.

Na Poiana Pelegii spotkałam strażnika parku, który zainteresowany moim wielkim plecakiem wypytał o plany. Uprzedził mnie, że za szczytem Papuszy będę miała niebezpieczny nawis śnieżny.

Tymczasem leżę sobie w cieplutkim śpiworze w drewnianej chatce Bucura. Jest w niej masa pozostawionego jedzenia. Polskiego też. Zjadłam chleb i jestem wdzięczna temu, kto go zostawił.

K

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.