Retezat – o tym, jak zasiedliłam łąkę niedźwiedziowi

Góry Tulişa – w dobrych rękach dobrych ludzi
15 czerwca, 2021
Godeanu jak Mordor
13 czerwca, 2021

Masyw Retezat starałam się pokonywać czerwonym szlakiem. W  rzeczywistości ciągle go gubiłam, obchodząc ogromne czasem łaty śnieżne. Wreszcie zgubiłam na amen, schodząc tam, gdzie nigdy nie powinnam się znaleźć.

Retezat to trzecie pod względem wysokości pasmo Karpat rumuńskich; idąc grzbietem po prawej stronie widać rozległe, mocno wypiętrzone Munţii Vâlcan. W Retezacie znajduje się około 80 jeziorek polodowcowych, a poza tym niedźwiedzie brunatne, wilki, rysie, żbiki, świstaki...

O siódmej wyszłam z chaty i ruszyłam w górę po śniegu a potem po skałach na najwyższy szczyt Retezatu - Peleagę (2509 m n.p.m.). Poszło całkiem sprawnie. Pogoda zmieniała mi się co chwilę - albo bardzo wiało i wtedy było też zimno, albo nie wiało i było gorąco. Za Papuszą zdecydowałam się spróbować przejść nawis, o których wspomniał mi strażnik. Pierwszy dało się obejść. Potem niespodziewanie szlak okazał się szlakiem wspinaczkowym z bonusem w postaci śniegowych łat. To nie byłoby trudne, gdyby nie wielki, ciężki plecak i pętające się kijki. Jakoś przeżyłam.

Drugiego nawisu nie dało się obejść. Zaczęłam rozważać powrót. Wtem na śniegu nawisu zobaczyłam ślady kozicy. Ja wiem, że fizyka nie dotyczy kozic. Innych i owszem. Lecz jeśli przyjąć, że każde życie pragnie żyć... Zaufałam i poszłam po śladach kozicy. Jakoś przeżyłam.

Za szczytem Custury rozpościerały się już Góry Vulcan. Jeszcze musiałam tylko minąć dwa dwutysięczniki... Zawsze tak jest: już był w ogródku, już witał się z gąską i szlak mi zniknął. Nie ma. A pamiętamy, że ciągle nie mam map offline. Na mojej papierowej mapie jest zslak, a w realu nie ma - nie widzę ani znaków ani ścieżki. Wszystko poprzykrywane łatami. Byłam już coraz bardziej zmęczona trekkingiem ze wspinaczką i dźwiganiem plecaka. No i zeszłam po zboczu zbyt nisko i straciłam z oczu główną grań. Znalazłam się na bocznej.

Miałam niejasne przeczucie, że coś źle robię, ale ine ybłam już w stanie wspiąć się z powrotem. Wreszcie na jakieś przełęczy po lewej zobaczyłam chatę, która okazała się opuszczoną chatą pasterską z dziurawym dachem i kompletnie nieuczelnioną. Na szczęście miała szeroką ławę, na której mogłam się położyć i miejsce na ognisko w środku. A jak na zawołanie przed chatą leżało olbrzymie uschnięte drzewo.

Tak sobie teraz myślę, że gdy diabeł wyprowadza nas na manowce, Bóg zapala światła. Tym światłem okazała się ta chata i jeszcze bardziej to drzewo.

Chciałam pójść po wodę, gdy na skraju łąki natknęłam się na wielką czarną kupę Wiadomo Kogo. Niestety świeżą. Jak pierwotny totem wyznaczający granicę. Wtedy uświadomiłam sobie fatalną pomyłkę - znalazłam się w rezerwacie. W domu dzikich zwierząt.

Okay, wody nie będzie. Okay ognisko w chacie będzie się palić całą noc.

Dwie godziny obłamywałam drzewo i znosiłam gałęzie do chaty. Potem zabarykadowałam się w niej. No powiedzmy. Raczej podparłam odpadające drzwiczki znalezioną metalową rurą. Moim zdaniem, wystarczyłoby, że niedźwiedź się oprze.

Duże ognisko paliło się całą noc. Budziłam się, gdy przygasało i dokładałam. Czasem wrzucając mokre polano, żeby wywołać większy dym, który uchodził przez dziurę w dachu i szpary w ścianach.

Rano ruszyłam w drogę powrotną. Dopiero wtedy zobaczyłam, jak bardzo ta łąka jest poryta przez niedźwiedzia, który łapką wyszukuje larwy pod pod trawą.Na tę dobę, dzięki ogniowi i dymowi ta łąka była moja.

Byłam już całkiem bez wody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.