Góry Czerny – gdy ułożysz plan, życie zagra ci na nosie

Godeanu jak Mordor
13 czerwca, 2021
Patrząc w twarz Decebala – dzień 1
3 czerwca, 2021

Gdy mapa pokazywała mi, że na pierwszych ok 37 km pokonam ok. 2900 metrów przewyższeń, to zrobiło mi się słabo. Nie ma to jak zacząć od wysokiego C. Czyli od Gór Cernei-Mehedinţi należących do grupy Godeanu-Retezat.

Te zdania piszę, dgy Góry Czerny pozostawiłam za sobą i jestem w Masywie Godeanu. Nic nie idzie według planu (ahoj, przygodo!).

Z Baile Herculane wyruszyłam o piątej rano. Zalesione zbocze nie dawało okazji do widoków, ale za to można było poprzeżywać dziewiczy las liściasty ze starodrzewiem, przez który trzeba było się przedzierać. Jakby to powiedział Terry Pratchett, wraz z ranami ciętymi i szarpanymi nabyłam nowych doświadczeń i kwalifikacji.

Tego pierwszego dnia objawił się mój pierwszy niedźwiedź. Wielką czarną kupą na ścieżce, niestety świeżą. Prawie w nią weszłam, ale na szczęście muchy ucztują głośno. Po kilkudziesięciu metrach na zboczu po prawej rozległ się głuchy pomruk - tego naprawdę nie da się pomylić z niczym innym. Zastukałam w odpowiedzi kijkami i poszłam dalej.

Niestety poślizgnęłam się na skałach i upadłam na telefon, który się roztrzaskał. Po 6 godzinach trekkingu. Zastanawiałam się chwilę, czy mam zejść do doliny i kupić nowy, czy iść dalej z mapą papierową. Na Polanie Cicilovete zdecydowałam się skręcić w szlak z czerwonym krzyżykiem (kojarzył mi się z ratunkowym) i zejść. To był moment, w którym plan przestał istnieć. Po trzech godzinach doszłam do domostwa, gdzie rodzina przygotowywała się do imprezy. Chłopak wsadził mnie w auto, zawiózł do miasteczka i ogarnął mi zakup telefonu. Chyba nie muszę dodawać, że zaprosiłam go z rodziną do mnie do Polski.

Zamierzałam wrócić na Polanę, ale zdołałam dojść tylko do przepięknego wodospadu - byłam naprawdę zmęczona. Ulokowałam się w jaskini w pobliżu, bez rozbijania namiotu, a o piątej rano... wykąpałam się w nim (z tego wydarzenia fotek nie będzie).

Wróciłam na szlak. Najpierw w kość dała mi bardzo stroma góra Biliana (podejście czarnym na Borową w Górach Wałbrzyskich albo Waligórę w naszej krainie wygasłych wulkanów to przedszkole wobec tej rumuńskiej góry), a zaraz za nią góra Zascol (zaledwie 1491 m n.p.m.), która okazała się wąziutką turnią do prawdziwej wspinaczki - wymagającą uprzęży i linek asekuracyjnych a nie plecaka ważącego niemal 20 kg - jakoś przeżyłam.

Za kolejną górą Cerbului wyszłam wprost na stado owiec. Nie zdążyłam się przestraszyć, bo z fascynacją patrzyłam na pracę zespołową psów pasterskich - kilka natychmiast zagoniło stado w zwartą kupkę, a kilka rzuciło się na mnie z paszczami - jakoś przeżyłam.

Zapytałam pasterzy, czy mogę się rozbić w zagrodzie. Jeszcze nie mieli serów na sprzedaż. Przyglądałam się jak zaganiają owce do zagrody, a rano jak sprawnie doją całe stado.

Od gospodyni dostałam dwa litry wody. Wzięłam, choć miałam na mapie zaznaczone źródło nieco dalej. Co można zrobić w dwóch litrach wody? Umyć się, napić i ugotować obiad dla jednej osoby - jesteśmy marnotrawcami.

Z pasterzami udało się pogadać każdy w swoim języku plus gesty, na Polanie z chyba stuletnią babcią bardzo sprawnie po niemiecku, po angielsku mówią młodzi Rumuni.

Idąc połoninami aż do najwyższego w tym paśmie szczytu Dobrii (1940 m n.p..m) człowiek czuje się jak w pętli nieskończoności - ani żywej duszy, tylko w górę i dół po trawach i płożących jałowcach. Jest niewiarygodnie pięknie. Zryta świeżo murawa kazała mi nie iść w ciszy.

Wieczorem dowiedziałam się, że nie umiem rozbijać namiotu w silnym wietrze. Wreszcie się to się udało, lecz w nocy zamiast spać trzymałam linki tropika i nawet nie rozpakowałam plecaka, nasze ciężary trzymały namiot. Gdy w nocy wiatr trochę zelżał, przywiązałam linki do nadgarstka i zasnęłam na chwilę - jakoś przeżyłam.

Tu jest zdecydowanie przedwiośnie. Kwitną krokusy i topnieją bardzo powoli śnieżne łaty. Temperatura w słońcu ok. 14 stopni, bez słońca - 8, zaś w nocy - 2-4 stopnie. Ta zima była wyjątko długa. Wykąpałam się w napotkanym oczku wodnym - to nic nie da, i tak czuję się menelem.

Wraz z telefonem przepadły mi mapy offline, a to na tym totalnym pustkowiu z wieloma ścieżkami jest problemem. Zwłaszcza gdy czerwony szlak się skończył. Dzisiaj zmoczył mnie deszcz z gradem do suchej nitki. Żaden płaszcz przeciwdeszczowy nie dałby temu rady. Znalazłam chatę, bo fortunnie albo niefortunnie zeszłam nie z tej strony góry Godeanu. Żeby się do niej dostać, musiałam przeprawić się przez rzekę Şes, bo mostu niet. Buty i spodnie przywiązałam do plecaka i ruszyłam. Woda - lodowata, nurt silny. No ale nie takie rzeczy robiło się w Białej Lądeckiej. Tylko ten plecak... - jakoś przeżyłam.

W chacie rozpaliłam w niej ogień i wszystko suszę. Przyszli Czesi. To pierwsi turyści, których spotykam. Skomunikowaliśmy mapy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.