Grupa Paringu spowita gęstą mgłą

Munţii Lotrului
22 czerwca, 2021
Góry Tulişa – w dobrych rękach dobrych ludzi
15 czerwca, 2021

W Petroszanach człowiek zrobił sobie dobrze: wyprałam rzeczy, umyłam głowę, wypiłam kawę, spałam w pościeli... A następnego dnia poszłam w Góry Paringu. Popełniłam błąd.

Opuszczając Kotlinę Petroșani i pnąc się do góry, weszłam w Grupę Paringu (a konkretnie Munţii Parâng). Po ok. 8 km od startu z centrum miasta skorzystałam z wyciągu na szczyt droga - ok. 500 m w górę. Dalej czerwonym szlakiem dotarłam do rozdroża i...

Tu złapały mnie pierwszy deszcz z gradem i porwistym wiatrem. Przesiedziałam pod ławką 40 min. i wróciłam. W barze dosiadł się do mnie Claus - miłośnik Sienkiewicza i Wałęsy. Nie no, spoko. Przesiedzieliśmy na fajnym gadulcu ze trzy godziny. Wydawało mi się, że sytuacja na zewnątrz się polepszyła. Trzeba było odpuścić, ale co zrobić, że baba uparta. Poszłam.

Pogoda jak była załamana wcześniej, tak i później: lał deszcz, wiał silny wiatr, widoczność nie przekraczała dwóch metrów. Dotarłam do chatki na wysokości 2231 m n.p.m. o której marzyłam, a która okazała się ruiną zasypaną śniegiem po dach. W środku też leżał śnieg. Ja wiem, że jest połowa czerwca...

Z trudem przedostałam się do środka i rozbiłam tam namiot. Zmarzłam na maksa. O siódmej rano ruszyłam na szlak, lecz bardzo szybko okazał się on nie do przejścia bez raków i w gęstniejącej mgle. Zawiadomiłam Piotra i zaczęłam schodzić.

Spotkaliśmy się na dole i podjęliśmy decyzję, że jutro spróbujemy zdobyć najwyższe szczyty Paringu od drugiej strony - od Transalpiny. Jednak próba dotarcia od drugiej strony zakończyła się takim samym fiaskiem. Grań Paringu była po prostu niedostępna dla turysty bez raków, czekana i asekuracji plus bardzo silny wiatr.

W przyjaznym barze spotkaliśmy wesołą ekipę motocyklistów z Polski - ci to mają fantazję! Przyjechali ponad tysiąc kilometrów z Polski, żeby pojeździć po krętych Transalpinie i Transfogaraskiej.

Tymczasem jestem chora. Nie pierwszy raz spałam w śniegu, więc myślę, że to wiatr mnie załatwił. Zaaplikowałam sobie kurację hard - płukanie gardła rozcieńczoną wodą utlenioną i wciąganie takiej mikstury nosem (drastyczne, ale skuteczne na katar zatokowy), cebulę zjadłam jak jabłko. Poza tym pyszną zupę na mięsie wołowym. Leżę, pocę się i oddycham metodą Wima Hofa.

Załamanie pogody powinnam była przeczekać cierpliwie w Petroszanach, a nie pchać się. Dostałam lekcję.

Jutro - kierunek Góry Lotriańsnie. Parângul Mic (2084 m n.p.m.)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *