Munţii Lotrului

Fogarasze – upadek w czas
22 czerwca, 2021
Grupa Paringu spowita gęstą mgłą
21 czerwca, 2021

Góry Lotrului rozpoczęły się trawiasto i mgliście, ale w gruncie rzeczy były dość przyjemne do wędrowania. Takie trawiaste głowy. Nigdzie żywej duszy. Martwej też nie. Stamtąd na pewno są fajne widoki, ale nie mogłam ich docenić, bo były spowite gęstą mgłą.

Za najwyższym szczytem Ştefleşti, gdzie zlał mnie deszcz, zdecydowałam się zejść do doliny. Wypogodziło się wówczas i trasa była naprawdę przyjemna. Natrzaskałam kilometrów całą masę, okrążając jezioro Negovan, przypominające kształtem małego smoka. Tam było sporo domków letniskowych, lecz wszystkie pozamykane. To jeszcze nie sezon. Więc tak szłam i szłam, nie mając gdzie rozbić namiotu. Zeszłam nisko, co oznaczało, że następnego dnia będę się ostro wspinać.

I faktycznie, zafundowałam sobie 1200 m przewyższeń na bardzo krótkim odcinku 5 km. Na szczycie Prejby (1744 m n.p.m.) napotkany pasterz - wraz ze stadem owiec i zgrają psów - stwierdził, że drogi, którą mam na mapie, nie ma, a niebieski szlak wiedzie zupełnie w inną stronę. Wskazał mi drogę, a nawet podprowadził z 200 metrów. No dobrze, poszłam tamtędy. Na mojej nawigacji w tym miejscu nie było nic oprócz poziomic. Grunt, że schodziłam w dół, a droga ciągle była. Wkrótce zniknęła a zastąpił ją wąwóz. Pasterz na odchodne powiedział mi, że niedźwiedź zabrał mu wczoraj dwie owce. Okay - strach nie może wedrzeć się do mojego umysłu. Grunt, że schodziłam w dół, a wąwóz... No właśnie, za zakrętem przestał być wąwozem a zaczął być korytem rzecznym. Niewyschniętym oczywiście. Nie ma wyjścia, idę. Idę, idę, idę. Masakrycznie długo. Wyszłam wreszcie na coś, co przypominało drogę, lecz mocno błotnistą. Byłam już naprawdę nisko. Burza, która pohukiwała, gdy byłam na szczycie, postanowiła się zrealizować. Gdy tylko lunęło rzęsiście, wyszłam zza zakrętu wprost na drwali, którzy zbierali się do domu. Wrzucili mój plecak na pakę, i siebie, ustępując mi miejsca w szoferce. A przecież lało. Pięć km dalej w Lotrioarze wysadzili mnie przed domem, w którym spędziłam noc.

Gospodyni postanowiła uleczyć moje chore gardło koniakiem - nie no, spoko. Gospodarz bardzo uważnie oglądał moją mapę, strona po stronie, i wreszcie powiedział: jeśli zaufasz Bogu, uda Ci się wszystko. Potem jeszcze dodał, że w górach ludzie pracują bardzo ciężko, bez wygód. Nic ich nie rozprasza. To powoduje, że mają bardzo twarde charaktery i dobre serca. Nie są zepsuci.

Tak sobie pomyślałam, że miała być to opowieść o górach, a wygląda na to, że będzie o ludziach, których spotykam we właściwym momencie.

2 Comments

  1. Tadeusz pisze:

    Super! Gratuluję przygody.

    • Ewa Chwałko pisze:

      Dziękuję ślicznie! Przepraszam, że dopiero zatwierdziłam komentarz i odpowiadam, ale właśnie wróciłam z całego przejścia Karpat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *