Parasite

Zakamarki Jeziora Pilchowickiego
8 grudnia, 2019
Góry Krucze – jesień z mroźnym akcentem
1 grudnia, 2019

Zaskakujący i dynamiczny, początkowo zabawny, później coraz bardziej duszny a wreszcie straszny - ze sceną jak z "Koszmaru z ulicy Wiązowej".

Rodzina z sutereny w wyniku sprytnej intrygi wchodzi do bardzo bogatego domu. Krótko cieszy się lepszym życiem, bo pewne rzeczy są nie do wytrzymania, np. wiedza o tym, że bieda śmierdzi; że pracodawca może cię przebrać za Indianina na prywatnym przyjęciu, ale ty nie możesz wypowiadać do niego prywatnych zdań; że pojawiają się wątpliwości, że gdzieś nie pasujesz; że nie można powiedzieć prawdy o sobie, bo jest się na wstępie przegranym... Wreszcie na koniec chyba się okazuje, że jeśli czeluść jest ci pisana, to choć z niej uciekłeś, to i tak do niej trafisz. Sensów i poziomów w tym nieoczywistym filmie jest cała masa.
Znakomicie fotografowany: obrazy sytuacyjnego absurdu albo emocje na nieruchomych twarzach.
Jeden z głównych bohaterów w kulminacyjnym momencie stwierdza, że czasem lepiej nie mieć planu, bo człowiek naplanuje, a życie i tak wycina numer. Ma rację - dobrze jest umieć poddać się fali życia i temu, co przynosi. Byle tego poddania nie pomylić z biernością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *