Lily Was Here

lodowiec Wildspitze (3768 m n.p.m.) w Alpach
Wildspitze (3768 m n.p.m.)
16 września, 2020
Wschodni kraniec Karkonoszy – Grzbiet Lasocki
25 sierpnia, 2020

"Chyba każdy zna ten rewelacyjny singiel Candy Dulfer & Dave Stewart "Lily Was Here". Uwielbiam go, mogłabym słuchać bez końca - przy pełni księżyca, w aucie, w noc, siedząc na schodach swojego domu z kawą...

https://www.youtube.com/watch?v=DEooduDs6LA

Holenderski film o tym samym tytule, z 1989 r., w reżyserii Bena Verbonga jest niemal nie do zdobycia. Niemal, bo ja znam kogoś, dzięki komu mogłam go obejrzeć.

W pierwszej chwili doznałam totalnego rozczarowania naiwnością fabuły. No jak to: 17 letnia dziewczyna w ciąży ucieka z domu, lecz ok, wpada w ręce stręczyciela, lecz ok, ucieka z łatwością i bez konsekwencji okrada sobie banki... z jakby happy endem na końcu a na pewno bez tragedii. Potrzebowałam dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że naiwność jest tematem tego filmu, że to wszystko toczy się tak, jak mogłoby się potoczyć tylko i wyłącznie w głowie nastolatki, która ufa, że wszystko będzie dobrze, chociaż w tym momencie wygląda koszmarnie. Przy czym przez cały film dziewczyna ani razu się nie uśmiechnęła, przynajmniej nie zapamiętałam - to dość niepokojące.

Ten film to oczywiście dramat - brak miłości, obdarzenia uważnością i zrozumieniem w dzieciństwie wpycha człowieka w trudną dorosłość, pozbawioną oparcia, bezpieczeństwa, zdrowego korzenia.

W filmie gra niewiele osób, może z dziesięć, z czego połowa nie wypowiada więcej niż jedno zdanie. Nie są ważni. Ważna jest tylko główna bohaterka, tylko ona się wyróżnia - pośród szarych ludzi, ulic, wnętrz, ona jedna chodzi w czerwonym kolorze. W roli głównej Marion van Thijn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *