Karpaty uzależniają. Łuk Karpat uzależnia. I choć w głowie kłębi się masa pomysłów, i chęci, i chciałoby się w różne miejsca, tu zaczną się moje powroty. Nie ma mocnych - magnetyzm Karpat przyciąga z wielką siłą. W pasmo Piatra Craiului przyjechałam w maju 2022 r. U nas rozszalała się już wiosna i zrobiło przyjemnie ciepło, tam - główną grań pokrywał śnieg i lód.
Zamieszkaliśmy w schronisku, w miejscu, gdzie czerwony szlak z Gór Fogaraskich schodzi do doliny, aby za chwilę wznosić się w kierunku Królewskiej Skały. Stąd jest blisko tylko w góry, dlatego z radością przyjęliśmy pomoc wujka Zoltana, który następnego dnia rano zawiózł nas do Branu. Zwiedziliśmy miasto. Zamek w Branie to dla mnie przede wszystkim wspaniała średniowieczna fortyfikacja, świetnie zachowana mimo upływu wieków. Zaś w środku - pal sześć te ekspozycje o Drakuli - przyjemne, przytulne pokoje królowej Marii. Mogłabym mieszkać w takim domu. Ten zamek już opisywałam podczas swojej wędrówki Łukiem Karpat. Dość blisko, zaraz za targowymi alejkami znajduje się skansen XVII-wiecznej wsi - drewniane, bielone domki, stodoły i części gospodarcze, urzekający mały młyn - w taki młynie też mogłabym zamieszkać, ćwicząc cnotę minimalizmu.
Górami przeszliśmy się z Branu do Zarneşti: przez znane mi już szczyty Măgura Mare i Gâlbinarea. Z ich zboczy podziwialiśmy piętrzące się po drugiej stronie miasta, olbrzymie i ośnieżone Góry Bucegi. Przeszliśmy przez cudny Wąwóz Zarneşti (o nim więcej w innym wpisie), schronisko Curmătura i... emocjonujące przejście przez Przełęcz Crăpăturii i żółtym szlakiem Valea Crapaturii (24 km, lecz ponad 1900 m przewyższeń). Ten ostatni fragment był dla mnie zupełnie nowy i zachwycający - wiało grozą od wysokich, zaostrzonych i poszarpanych skał. Schodziliśmy już po zmroku. Przy drodze czekał Zoltan z Victorią, aby zabrać nas do schroniska autem.






























