parallax background

Wildspitze (3768 m n.p.m.)

Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Trzy razy Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
27 września, 2020
lily was here
Lily Was Here
26 sierpnia, 2020

To była niewątpliwie jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu – wejście na lodowiec Wildspitze (3768 m n.p.m.) w Alpach. Nic nie równa się z olbrzymimi przestrzeniami wysokich, niedostępnych gór, na które nie tyle się wchodzi, co naprawdę zdobywa.

Pogoda decyduje

W napięciu aż dwa tygodnie czekaliśmy na właściwy moment, czyli okno pogodowe, wiedząc, że mamy czas tylko do końca września. Chłopaki codziennie sprawdzały prognozy. A tam tylko pioruny i deszcze. Wreszcie w czwartek mogliśmy uznać, że wejście na lodowiec Wildspitze będzie możliwe w poniedziałek. W sobotę o 19.00 zapakowaliśmy się w dwa auta i ruszyliśmy do Austrii.

Do Vent – małej miejscowości położonej na wysokości 1980 m n.p.m. – dotarliśmy jeszcze w ciemnościach nocy. Wschód słońca odkrył przed nami idylliczną dolinę Ventertal w Ötztal i znajdujące się tutaj najwyższe szczyty północnego Tyrolu.

Pierwsze w życiu 3K - Wildes Mannle (3023 m n.p.m.)

Na wysokość 2500 m n.p.m. wyjechaliśmy kolejką, bo nie chcieliśmy wnosić mega ciężkich plecaków ze sprzętem, linami etc. Wszystko to porzuciliśmy przy stacji, na lekko wbiegając sobie na Wildes Mannle (3023 m n.p.m.), pobliski szczyt.

To mój pierwszy trzytysięcznik. Nie tylko mój – Rafała, Mateusza, Małgorzaty i Doroty też. W tym momencie byliśmy bardzo podekscytowani, a wszystko dookoła nam sprzyjało.

Nad tym szczytem wznosi się nasz jutrzejszy cel – lodowiec Wildspitze, a w oddali, po drugiej stronie Masywu Weißkamm, ujrzeliśmy Breslauer Hütte – schronisko umiejscowione na wysokości 2844 m n.p.m. Wróciliśmy więc po rzeczy i wspięliśmy się do schroniska.

Dzień był jeszcze młody, więc rozłożyliśmy mały obóz na zboczu góry, żeby sobie odpocząć po nieprzespanej nocy w aucie, przejrzeć cały sprzęt i obgadać strategię jutrzejszego wypadu. Marek sprawdził nas, czy potrafimy zawiązać prusiki, posłużyć się małpami i czekanami. Jest najbardziej doświadczonym wspinaczem z całej naszej ósemki. I zna tę górę.

Podzieliliśmy się na trzy zespoły: Rafał z Mateuszem idą razem i są „Orange Team”, bo obaj mają takie same pomarańczowe kurtki. Są z naszej ekipy najmłodsi i najszybsi. Ja z Dorotą i Wojtkiem utworzyliśmy „Blu Line” – bo mamy niebieską linę asekuracyjną. Będę szła pierwsza, bo jestem najmniejsza i jakby co, łatwiej mnie będzie wyciągnąć ze szczeliny lodowej. (No dobrze, nie będę dyskutować z tą argumentacją). Dorota w środku, a na końcu – najsilniejszy i najbardziej z naszej trójki doświadczony Wojtek. On nas asekuruje i niesie ciężkie metry liny. Tobiasz z Małgosią i Markiem są „Marek Team” i idą jako ostatni zespół.

Drugie w życiu 3K – Urkundkolm (3134 m n.p.m.)

Czuliśmy się świetnie i było nam mało. Marek z Wojtkiem postanowili zagospodarować nasz mały obóz. Mateusz z Rafałem pobiegli w kierunku Ötztaler Urkund (3556 m n.p.m.) i dotarli niemal do szczytu, my zaś – czyli Małgosia, Dorota, Tobiasz i ja wspięliśmy się na Urkundkolm, gdzie też było pięknie. W powrotnej drodze zgarnęliśmy chłopaków.

Słońce zaszło za górę i temperatura wyraźnie opadła. Nic dziwnego jest wrzesień. Ustaliliśmy, że wstajemy o 6.00 i o 7.00 wychodzimy na szlak.

Czułam ekscytację i lęk. Nieprawdopodobny spokój Marka i Wojtka wpływały kojąco.

Pierwszy w życiu lodowiec - Wildspitze (3768 m n.p.m.)

No dobrze, zamiast o 7.00, wyruszyliśmy o 8.00 – późno. To oznacza, że będziemy ostatnią ekipą, która tego dnia wejdzie na szczyt. Postanowiliśmy pierwotnie, że trzy zespoły idą w niewielkiej odległości od siebie i że na punktach czekają na siebie.

Przeszliśmy szlakiem na skraj lodowca. Tu szlak się skończył. Ubraliśmy uprzęże, kaski i raki, i ruszyliśmy w górę po lodowcu Rofenkarferner, a później trawersując jego zbocze.

Mijaliśmy w tej części lodowca przeważnie wąskie i dość łatwe do przeskoczenia szczeliny. Tylko kilka było takich, które pokazywały nam, czym tak naprawdę szczelina lodowa może być – pokazywały grozę lodowej przepaści.

Dużo poważniejszym problemem były pizgające kamienie. Masa x przyspieszenie = siła. Cholerna siła rażenia. Obserwowaliśmy, jak lecą z nadzieją, że żaden nie skoncentruje się na nas. Są zupełnie bez kontroli – skała odrywa się, leci, odbija od podłoża, zmienia kierunek i leci daleko, daleko.

Gdy dotarliśmy grani masywu Weißkamm, która oddziela trzy lodowce – Rofenkarferner, Mittelbergferner i Taschachferner, jedna z osób schodzącej grupy Austriaków poruszyła olbrzymi sześcian, który ruszył w dół wprost na odległą kilkaset metrów niżej grupę wspinaczy. Wszyscy krzyczeliśmy i patrzyliśmy z trwogą. Grupa rozpierzchła się w ostatnim momencie, a blok skalny runął w sam środek miejsca, w którym stali. To jest niebezpieczne i nieprzewidywalne.

Ściągnęliśmy raki i chwilę odpoczywaliśmy na szczycie 3552 m n.p.m., a następnie ruszyliśmy znów lodowcem Taschachferner, trawersując górę Kreuzerschneide (3677 m n.p.m.). Nad głowami mieliśmy niezmącony błękit nieba, zaś pod nogami niewzruszona biel.

Minęliśmy seraki, czyli wielotonowe bryły czystego lodu. Widok imponujący. Powiało grozą, gdy Wojtek opowiedział nam, że widział, jak taki serak odrywa się i wyjeżdża z masywu miażdżąc sobą wszystko po drodze.

Wreszcie dotarliśmy do ostatniego podejścia. Lodowiec Wildspitze ma dwa wierzchołki połączone wąską granią. Wchodzimy najpierw na niższy, północny, o wysokości około 3760 m n.p.m., a następnie przechodzimy na drugi – południowy o wysokości 3768 m n.p.m. Na nim stoi czterometrowy, metalowy krzyż. Wildspitze jest najwyższym Alp Ötztalskich i drugim co do wysokości szczytem Austrii po Großglockner, czwartym szczytem Alp i piętnastym Europy. Fajne uczucie.

Czekamy aż znajdą się tam wszystkie trzy nasze zespoły. Cieszymy się. To niesamowita chwila.

Nie jestem raczej religijna, jednak wrażenie robi na mnie fakt, że dzień, w którym tu stoimy, to 14 września, czyli Dzień Podwyższenia Krzyża Świętego. Czujemy, że jesteśmy chronieni. Czujemy to zwłaszcza podczas powrotu.

Nasza trójka „Blu Line” schodzi pierwsza – noga za nogą, wciskając precyzyjnie raki w śnieg, a później lód. „Orange Team” idzie za nami, więc nie widziałam, jak jeden z chłopaków się poślizgnął i zawiesił na czekanie. Na końcu rusza „Team Marka”. Decydujemy się wracać inną drogą ze względu na te spadające kamienie – zamiast trawersować lodowiec idziemy ostro w dół i przechodzimy przez skały, gdzie możemy uzupełnić wodę. A później znowu przez lodowiec do ostatnich skał.

„Orange Team”” wyprzedził nas już wcześniej i zniknął nam z oczu. Wkrótce my docieramy do skał, gdzie ściągamy raki, uprzęże i chcemy czuć się wyluzowani. Niestety, okazuje się, że zeszliśmy z lodowca dość wysoko i czeka nas jeszcze schodzenie po skalnym czerwonym zboczu. Schodzimy – Wojtkowi się podoba, my jesteśmy lekko sfrustrowane. Tymczasem „Team Marka” zszedł po lodowcu za nisko i natknął się liczne i rozległe szczeliny lodowe – musieli kawał wrócić. Gdy dochodziliśmy do schroniska już zapadł zmierzch, w oddali na szlaku dostrzegliśmy zapalone czołówki Tobiasza, Małgosi i Marka.

Chwila, w której wszyscy usiedliśmy pod Breslauer Hütte z piwem i gorącą zupą gulaszową, z nisko nad głowami zawieszonym niebem była momentem wielkiego, wspólnego szczęścia, satysfakcji i luzu, jaki odczuwają ludzie spełnieni w życiu.

15 września – dzień moich urodzin

Nie mogę powiedzieć, że się obudziłam, bo prawie nie spałam. Namiot rozbity na zboczu gwarantuje to, że człowiek co chwilę znajduje się na jego ścianie a nie na podłodze. No trudno. Wczorajszy dzień, spędzony ze wspaniałymi ludźmi, to był mój prezent urodzinowy. Tobiasz, który jest piekarzem, zadbał o to, aby było ciasto i góra pączków – przywieźliśmy ze sobą. Podobnie jak smakowite naleweczki Marka i Doroty. W plecaku nie wszystko może być ultralekkie.

Na głowie miałam kask należący do prof. Jerzego Monkiewicza (1940 – 2018), wybitnego naukowca z zakresu genetyki zwierząt, profesora Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, twórcy „Wieczorów Pawłowickich”, świetnego górołaza i podróżnika. Miałam też jego uprząż i czekan (trochę za duży na mnie) – tak sobie myślę, że zawsze, kiedy pójdę w tak wysokie góry, będę się czuła zobowiązana znieść z powrotem na dół te wszystkie rzeczy, które dzisiaj są moje, lecz należały do człowieka, którego uwielbiałam i ceniłam.

Wstaliśmy niespiesznie, decydując się, że będziemy schodzić do samego Vent na piechotę. Nosiły nas endorfiny i kolejka nie była już potrzebna. Jadąc samochodami już kombinowaliśmy, co dalej – bo po drugiej stronie Vent stoją imponujące Kreuzspitze (3338 m n.p.m.) i inne wspaniałe szczyty na granicy włosko-austriackiej. A w ogóle to wszystko chcemy.

1 Comment

  1. Edyta Dębicka pisze:

    Wspaniała przygoda, czytając o niej najzwyczajniej w świecie… wzruszyłam się ❤
    Opisałaś tak cudowne przeżycia, iż na klawiaturę cisną się słowa: „Chwilo trwaj, jakże jesteś piękna…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *