parallax background

Peloponez w pojedynkę i z namiotem

Wykłady – Towarzystwo Karpackie i Orinoko nad Wartą
14 lipca, 2022
Tajget – groźne góry Peloponezu
29 czerwca, 2022
Peloponez jest górzysty i surowy. Mniejsze góry i nieliczne wypłaszczenia porastają oliwnymi gajami. Trudno oprzeć się wrażeniu, że drzewa oliwne o poskręcanych pniach, przysuszonych i bardziej srebrnych niż zielonych koronach rodzą się od razu stare. Na Spartę cień rzuca groźne pasmo Tajgetu. Jestem tam.
 
Ale najpierw Sparta - o jej znaczeniu w świecie starożytnym świadczy właściwie tylko pomnik prawodawcy Likurga. To on ustalił ustrój spartański i surowe zasady wychowania. W Sparcie wszystkie ulice biegną albo w górę, albo w dół. Jest przyjemnie. To małe miasto bez tłoku i nadmiernego hałasu cywilizacji. Dojechałam tu z Aten bezpośrednim autobusem.
 
Na szczęście jest Mistra - niemal kompletne zachowane miasto w stylu bizantyjskim, wybudowane na stromych zboczach góry w połowie XIII w. Pełniła rolę stolicy Cesarstwa Bizantyjskiego, gdy Konstantynopol przeżywał upadek, była centrum kulturalnym i intelektualnym. Mieszkał tu np. filozof Gemisthus Plethon, który na długo, długo przed oświeceniem postulował, aby rozum stał na równi z religią - takie poglądy nie spotkały się ani z akceptacją, ani choćby z obojętną tolerancją - eskomunikowali go. Zaś na jeszcze dłużej przed Marksem - aby ziemię oddawać pracownikom. Taki był.
Zwiedzanie Mistry oznacza wchodzenie na dość konkretną górę. Na samym jej szczycie stał zamek. Po zamku zostały rozciągające się stamtąd przepiękne widoki na okolicę. Natomiast niektóre budynki klasztorne, zdaje się, są nadal zamieszkałe.
 
W małej greckiej tawernie, jedząc tubylcze frykasy - grecką sałatkę i makaron z serem, przeczekałam chwilowy deszcz, zanim poszłam w góry. Spędziłam w nich trzy ekscytujące dni, by znów wylądować w Sparcie.
 
Następnego dnia przejechałam lokalnym autobusem do Gythionu, gdzie znalazłam miejsce na bardzo zadbanym i dobrze zorganizowanym kempingu (11 euro). Popływałam w słonych wodach Morza Egejskiego i odpoczęłam, by następnego dnia dotrzeć na południowy kraniec greckiego świata - Przylądek Tenaron. To tu znajdują się starożytne bramy Hadesu. To tu Herkules przyszedł po Cerbera, aby wykonać zleconą mu dwunastą pracę i to tędy Orfeusz wyprowadzał do żywych ukochaną Eurydykę, ale nie zdołał się nie odwrócić. Gdyby ta otchłań rozstąpiła się, nie zawahałabym się wejść i nie wyszłabym stamtąd sama...
 
Od Gythionu ciągnie się Półwysep Mani, zakończony przylądkiem Matapan Thenaron). Wyszukiwałam tu wieży mieszkalnych, czyli właściwie fortów, w których od XIV w. mieszkali członkowie walczących ze sobą rodów. Arystokraci manijscy rozwinęli tradycję krwawej wendety. Wedle zasad należało zrównać z ziemią wieżę przeciwnika i zabić wszystkich mężczyzn. Takie wojny potrafiły trwać kilkanaście lub kilkadziesiąt lat.
Góry Tajget - ich niedostępność opisałam wcześniej - stanowiły naturalną barierę przed wpływami z zewnątrz, tu też chronili się najróżniejsi uciekinierzy i swoje lokum mieli piraci greccy. Taki koniec świata.
 
 
 
 
W tawernie tuż przy dróżce wiodącej na szpic przylądka zjadłam swoją najlepszą w życiu pieczoną wieprzowinę i poprosiłam o miejsce na rozbicie namiotu. Choć wszędzie rozciągają się puste przestrzenie, to porastająca je kolczasta roślinność uniemożliwia swobodne rozlokowanie się z namiotem.
 
Cała ludność półwyspu - wraz z piratami i zjednoczonymi klanami - rozpoczęła wojnę o niepodległość Grecji w połowie XIX w. Mało kto wie, że Grecja pozostawała pod zaborem tureckim przez 400 lat. My, w Polsce widzimy różnice pomiędzy ziemiami należącymi do trzech różnych zaborców, którzy wycinali nam polskość na różne sposoby przez 123 lata, a potem jeszcze przez 50 lat okupacji sowieckiej. A tam? 400 lat. Co oni muszą czuć?
 
W każdym razie dzisiaj Mani dość się wyludniło, większość wiosek jest już niezamieszkała, więc jeśli ktoś marzy o tym, aby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, to Mani jest akuratne a Tajgetos spełnią oczekiwania.
 
Gdy zeszłam z tych gór i pojechałam do Gythionu, od starożytności do czasów nowożytnych pełniącego rolę portu a teraz to po prostu turystycznego miasteczka, coś rzuciło mi się w oczy. Malownicze XIX-wieczne domki poukładane na wzgórzach jeden nad drugim. Niby pięknie, a jednak coś tu poszło nie tak.
Wąziutkie chodniki po tylko jednej stronie ulicy mają krawężniki wysokie na 20 cm, wózki z dziećmi albo inwalidzkie są bez szans.
 
Huk aut i motocykli w Atenach, do których wróciłam autobusem, aby już też wracać do domu, wydał mi się nie do wytrzymania. Wszędzie zawalone kubły na śmieci, kraty w sklepowych witrynach, grube łańcuchy. Całe ulice w graffiti. Coś tu poszło nie tak.
 
Na Akropolu jak nad Morskim Okiem w słoneczne niedzielne południe, bo przecież liczni zagraniczni turyści właśnie to chcą oglądać. Wielu strażników pilnuje, żeby nie dotknąć olbrzymiej doryckiej kolumny z różowego marmuru, ale z kosza wysypują się plastikowe butelki.
 
To jest kraj, w którym cudnie kwitną burgenwille, oleandry, a pelargonie są tu tak wielkie jak u nas forsycje, ale co z tego, skoro większość ogrodów jest tu masakrycznie zaniedbana. A dojrzewające pomarańcze rozplaskują się na ulicy. Marazm. Antyczne zabytki, poza stolicą, wydają się celowo porzucone, jakby Grecy uprawiali autosabotaż. Tak jakby cała potężna starożytność przytłaczała ich i przesłaniała pełną innych problemów współczesność.
Chyba trudno im być potomkami Sokratesa, Leonidasa, Sofoklesa, Peryklesa i jeszcze do tego Herkulesa i wszystkiego, co napisał Homer. Sprawdziłam, Grecja przystąpiła do Unii w 1981 r., ulice miast są tak podziurawione jak u nas w 1981 r.
 
 
Melina Mercouri - już nieżyjąca grecka artystka i minister kultur napisała: "Urodzić się Grekiem to klątwa. Większość ludzi uważa, że jako Grek własnymi rękami budowałeś Akropol, wyrocznię w Delfach i starożytne teatry, że to ty pomogłeś wymyślić demokrację. Doprowadza mnie do szału to, jak mało na świecie wiadomo o naszej nowożytnej historii. Ludziom wydaje się, że Perykles umarł zaledwie wczoraj i że Ajschylos nadal piszę swoje sztuki. Bardzo rzadko spotykam kogoś, kto wie, że przez czterysta lat byliśmy pod turecką okupacją i że w końcu postanowiliśmy z nią walczyć" - cyt. za znakomitą książką Dionisosa Sturisa "Grecja. Gorzkie pomarańcze" 2013.
 
W 2011 i 2012 przez Grecję przetoczyła się fala protestów, kryzys był tak wielki, że ludzie wyszli na ulicę a na placu Syntagma (Konstytucji), na którym wysiaduje zakochana młodzież, wisiała nawet szubienica a policja pałowała demonstrantów.
"- Wszyscy nasi politycy to złodzieje, przez całe lata kradli i oszukiwali. Nie wierzymy w ani jedno ich słowo. Jeśli oni zostaną u władzy, kryzysy będą wracały co chwila" - notował opinie społeczne polski dziennikarz greckiego pochodzenia Sturis.
Grecy nie chcieli oszczędzania, chcieli zachować swój poziom i styl życia - na niekończącym się kredycie.
 
Inna sprawa to nielegalni emigranci z Afryki. Grecy mają problem - czy pozwolić im tonąć w Morzu Śródziemnym, czy w rzece, gdy próbują przekroczyć granicę przez Turcję? Unia domaga się szczelności granic i humanitaryzmu. Grecy pytają o granice hipokryzji.
 
To wszystko i tak minie.
 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.