parallax background

Tajget – groźne góry Peloponezu

Peloponez w pojedynkę i z namiotem
Peloponez w pojedynkę i z namiotem
29 czerwca, 2022
KOLOSY 2021
Kolosy 2021
23 maja, 2022

Tajget - tak, to te same góry, w które starożytne Spartanki wynosiły niechciane dzieci. Wysokie, bardzo strome, kamieniste, o nieprawdopodobnie głębokich i wąskich wąwozach, gdzie światło niemal nie dociera, o poszarpanych ścianach, które uwielbialiby wspinacze. Złowieszczo piękne i groźne góry Peloponezu.

Pogoda potrafiła się tu zmienić cztery razy w ciągu dnia. O tych górach piszą w przewodnikach, że są niebezpieczne - faktycznie, zdecydowanie dla zaawansowanych. Lecz prawdziwym niebezpieczeństwem są tu niedźwiedzie, czego się kompletnie nie spodziewałam. Z opisów wynikało, że występują tu co najwyżej dzikie odyńce, a te z kolei nie drapią się po skałach. A tu taka niespodzianka!

Rozbiłam się na wysokości 2100 m n.p.n. Za szczytem Tajget, znajdując miejsce osłonięte od wiatru. Niedźwiedź zjawił się o 20.30. Chodził dookoła mojego namiotu, słyszałam jak mruczy i niucha. Moje zajęcze serce zamarło ze strachu. Dwa razy podciągnęłam głośno nosem, bo nie było sensu udawać, że mnie nie ma. Odpuścił, słyszałam jak odbiegał, dudniąc łapami po murawie.
 
Szybko wysłałam kolegom moje koordynaty - tak, na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że trzeba mnie stąd zbierać (wiem, to nie brzmi dobrze).
 
Na niedźwiedziach najlepiej znają się Rumuni:
- Już nie przyjdzie. Wyjdź z namiotu, stukaj kijkami i podrzyj się basem, wynieś jedzenie 50 metrów dalej.
Puściłam na cały regulator arię z kurantem z opery "Straszny dwór" Moniuszki. Mimo wszystko przespałam z sześć godzin a rankiem przez uchyloną połać namiotu oglądałam wschód słońca.
- Żyjesz?
- Tak.
- Have a nice day!
- Dziękuję!
 
Powędrowałam dalej, na kolejne wymagające szczyty - Chalasmeno (2320 m n.p.m.) i najwyższy w Tajgecie - Profitis Ilias (2405 m n.p.m.). już schodziłam. Do podnóża zostało mi 4,5 km. Gdy nagle uderzył we mnie odór zwierzęcej skóry, a po chwili rozległ się wściekły ryk gdzieś z boku, zaraz dołączyły do niego dwa inne - miałam je z przodu i po bokach.
- Zawracaj! Uderzaj kijkami i bądź głośna.
Kiedy piszę te słowa, nie potrafię sobie wyobrazić, jak mogłam wbiec z ciężkim plecakiem na tę górę jeszcze raz. Na szczycie stała rozwalona kapliczka. Niewiele z niej zostało, ale dzwony nadal tkwiły w ścianie. Uderzyłam w nie ze wszystkich sił. Ryki ucichły.
 
A potem zeszłam tą stroną góry, którą wchodziłam pierwotnie. Z małej przełęczy odchodził inny szlak - malowniczy i dobrze oznaczony, zdaje się, że właśnie tędy chodzą na najwyższy szczyt turyści albo tubylcy. Powinnam się czołgać ze zmęczenia, lecz adrenalina zrobiła swoje.
Na dole spotkałam Anglika, który wybierał się do góry. Przekonywałam, żeby tego nie robił: i pora późna, i szykowała się kolejna burza, i niedźwiedzie... Dogonił mnie później po kilku kilometrach i ruszyliśmy razem. Spadł mi z nieba. Z towarzystwem i autem, którym podrzucił mnie z powrotem do Sparty.
 
Podsumowując, na trekking w Tajgecie jedziemy:
a) wytrenowani
b) nie sami, lecz większą grupą.
 
Do Sparty dojechałam autobusem z dworca w Atenach. Podróż trwa 4,5 godziny, ale nie jest nudna - widoki zza okna zrekompensują jazdę. Za bilet zapłaciłam 20 euro. Ze Sparty poszłam na piechotę do Mistry, to jest kawałek - 8 km. Mi nie przeszkadza, przecież pojechałam pochodzić. Stamtąd ruszyłam drogą - kolejne 3 km - przez Nową Mistrę, aby we wsi Paroreio skręcić w góry. Tu zeszłam do jaskiniowej kaplicy i - zdecydowanie poza szlakiem - na dno wąwozu. Te dwa kilometry wąwozem plus dwa z powrotem zajęły mi około 3 godzin - to nie było łatwe przedsięwzięcie.  Olbrzymie głazy tarasujące przejście wymagały wspinania się. Dość umęczona miejsce na namiot znalazłam przy kaplicy. Tam znajdował się kran z doprowadzoną wodą. Wbrew temu, co piszą w Wikipedii w wyższych partiach tych gór nie ma wody. Następnego dnia drogą podążyłam do wsi Anavryti, lecz nie zeszłam do niej jak wskazywał szlak, tylko poszłam odnogą powyżej wsi. Nie chciałam tracić osiągniętej wysokości. Kawałek za wsią skręciłam w góry.
Ślady żerowania i odchody zwierząt dostrzegłam już na wysokości 1300 m n.p.m. Przyglądałam się. Dziki wcale nie są bardziej bezpieczne, tylko że to nie były ślady dzików. Dwa razy złapała mnie burza. Przeszłam tego dnia zaledwie 15 km, pokonując 1974 metry przewyższeń, z czego ponad 1200 na 6 km. Więc rozbiłam ten namiot na tej małej przełęczy...
 
Kolejne dni na Peloponezie spędziłam zwiedzając Półwysep Mani i przylądek Tenaron - góry Tajgetu schodzą tam wprost do morza.
 
O kilka szczegółów przed podróżą dopytałam przewodniczki po Grecji pani Anny Piątek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.