parallax background

Trzy razy Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej

Góry Kaczawskie
Jesienny szlak w Górach Kaczawskich
2 listopada, 2020
lodowiec Wildspitze (3768 m n.p.m.) w Alpach
Wildspitze (3768 m n.p.m.)
16 września, 2020

Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej zdarzyło mi się trzy razy. Gdy zapisałam się pierwszy raz w 2018 r., uznałam, że zwariowałam - to dystans 137 km i ponad 5 tys. metrów przewyższeń. Trzeba pokonać główną grań Karkonoszy, Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie, Góry Izerskie w czasie nie dłuższym niż 48 godzin, bez względu na pogodę. Startuje zwykle około 550 osób, a na metę dociera nie więcej niż połowa. Dzisiaj uważam, że to kapitalne doświadczenie, które pokazuje granice fizyczne, psychiczne i siłę charakteru. A jedyna rywalizacja, jaka się odbywa, to z samym sobą.

2020 rok - Przejście Kotliny po raz trzeci

Nie zapisałam się, ale najwyraźniej Przejście było mi pisane. Miałam zupełnie inne plany długodystansowe, które pokrzyżowały obostrzenia związane z pandemią Covid-19, i celowo nie śledziłam terminu zapisów. Na początku września zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją, że odstąpi pakiet, bo zdecydowała się nie iść. To był ostatni dzień wnoszenia opłat, więc się nawet nie zastanawiałam.

Gdy wystartowaliśmy w piątek o 12.00, pokonując pierwsze konkretne podejście na Szrenicę - 630 m na pięciu km, wiedziałam, że będzie mi cholernie ciężko. W Schronisku na Hali Szrenickiej zobaczyłam swoją bladą i spoconą twarz w lustrze i pomyślałam całkiem poważnie, że nie przejdę i że chyba mnie porąbało.

Prawda była taka, że przegięłam: z powodu pogody przesunął mi się wyjazd w Alpy i dopiero w uprzednią niedzielę weszłam sobie na dwa trzytysięczniki, w poniedziałek wspinałam się na lodowiec - Wildspitze 3768 m, w środę jakby nigdy nic poszłam na trening pływacki, a w piątek pojechałam do Szklarskiej Poręby pyknąć ten ultramaraton. Jakoś nie zdałam sobie sprawy, że nie miałam czasu na regenerację. Że jestem niewyspana, niedożywiona a moje mięśnie są zmęczone niedawnym, dużym wysiłkiem.

Dziesięć minut trzymałam twarz pod lodowatą wodą. Uspokoiłam tętno i powiedziałam sobie, że przecież nic nie muszę. A zwłaszcza nie muszę przejść całości. Luz.

Na głównej grani Karkonoszy, za pierwszym punktem kontrolnym na Przełęczy Karkonoskiej, spotkałam Grzegorza. Niósł tak ciężki plecak, że ja nie mogłam go dźwignąć wcale. Uparł się, to niósł. Zastanawiałam się, kiedy go ten plecak zmusi do odpuszczenia.

Do Okraju, do drugiego punktu kontrolnego, dotarliśmy o 20.30, czyli 2,5 godziny później niż za moim pierwszym razem. Było już ciemno i zimno. Naciągnęłam długie legginsy i ruszyliśmy w kierunku Rudaw Janowickich. Nawet sprawnie nadrobiliśmy czas.

W Janowicach Wielkich pierwszy raz poszłam na zupę, bo poprzednimi razami nawet nie skręcałam. Najpierw pomidorowa, potem rosół podniosły mnie na duchu. W Janowicach było potwornie zimno - najgorsza pora nocy i mikroklimat, w którym radośnie kumuluje się niska temperatura. Wiele osób rezygnuje właśnie tutaj. Zastanawiałam się, co ich bardziej łamie - przewyższenia, noc, czy zimno. Uciekaliśmy stamtąd.

Radomierz, Komarno... Na Łysej Górze w promieniach słońca postanowiliśmy odpocząć - owinąć się foliami NRC i chwilę zdrzemnąć. To było bardziej takie czuwanie niż sen. Z tego miejsca w południe startują uczestnicy Połowy Przejścia. Czmychnęliśmy więc stamtąd, wiedząc, że i tak za jakiś czas będą nas wyprzedzać wypoczęte, rącze sarenki.

Dopadły nas przed Górą Szybowcową i zrobiły kolejkę do baru po zupę gulaszową i pierogi. Za tą zupą tęskniłam 30 km dalej.

Zatrzymaliśmy się dopiero na setnym kilometrze w Goduszynie, szykując się na "ulubiony" odcinek wszystkich, czyli trawers Komorzycy. To tylko cztery km, na których czasoprzestrzeń się zagina i większość ludzi się gubi z nieznanych przyczyn na tej niskiej, nieistotnej górce. A ciemności właśnie zapadły.

Jakoś wybrnęliśmy - Grzegorz ciągle szedł z tym plecakiem. Zaczęłam myśleć w krótkich perspektywach - byle do Wojcieszyc, byle do Górzyńca, byle do Zakrętu Śmierci. Odcinek do Zakrętu Śmierci dłużył się niemiłosiernie. A potem było tylko gorzej. Przygasły nam czołówki (drugie pary).

Wokół nóg wiły mi się dziwne, małe zwierzęta. Ciągle widziałam coś z boku. Rośliny, nie wiadomo czemu, dygotały w różnych rytmach świecąc na srebrno. W jednym miejscu na długich, łysych łodygach kiwały się główki krasnali. Takie małe i brodate. W czapeczkach. Mój kolega Krystian Ogły - ultramaratończyk uprzedzał mnie o halucynacjach. Ale czad.

Nie miałam kompletnie siły, czułam, że zasypiam, stawiając kolejne kroki coraz wolniej i wolniej. Wreszcie, w połowie trasy do Wysokiego Kamienia, uznałam, że muszę się położyć, bo za chwilę skonam. Nawet nie szukaliśmy miejsca, tylko położyliśmy się pod skałami, żywcem na kamieniach. Moja wysłużona folia NRC podarła się już całkiem i nie izolowała od niczego. Kamienie wciskały mi się w ciało i było mi nieprawdopodobnie zimno, a i tak zapadałam w krótkie, telepiące drzemki, nawet mi się coś śniło. Przeleżeliśmy tak dwie godziny aż napłynął świt. A ze świtem siły. Nie wiadomo skąd.

Ruszyliśmy. Przy Wysokim Kamieniu zgarnęliśmy Anię, która już chciała rezygnować i szukała najszybszego zejścia. No nie - najszybsze jest przez metę - powiedziałam jej i rozkazałam iść. Po drodze mijaliśmy innych uczestników maratonu i jeszcze dwa punkty kontrolne. Zielony szlak za Jakuszycami w kierunku Szrenicy dał chwilę wytchnienia przed jednym z najtrudniejszych odcinków - starym torem saneczkowym. A potem zaczęliśmy biec. Bo nie ma nic fajniejszego, niż mimo wszystko wbiec z podniesioną głową na metę.

Popłakałam się tam. Ze szczęścia chyba, bo naprawdę ani przez sekundę nie sądziłam, że przejdziemy.

Rzuciłam się na żurek, a potem jeszcze na kwaśnicę - wszystko bym zjadła. I na sok pomarańczowy. Rozłożyłam fotele w aucie, uchyliłam okna i zasnęłam snem sprawiedliwego. Trzy godziny później wracałam powoli do domu, nawet mi nie przeszkadzał gigantyczny korek.

2019 rok - Przejście Kotliny po raz drugi

Od razu powiedzmy, że nie było udane. Nie przeszliśmy. Wysypaliśmy się za Łysą Górą, pokonując nieco więcej niż połowę.

Umówiliśmy się z Tomkiem, że spróbujemy razem i w Szklarskiej spotkaliśmy się już w czwartek wieczorem. Tyle że Tomek przyjechał totalnie chory. Pokonaliśmy z Tomkiem niejeden szlak razem, zaliczając kolejne kamienie milowe w pokonywanych odległościach. I żyjąc w przekonaniu, że nie istnieje słabość ciała, a co najwyżej słabość charakteru.

No to dostaliśmy lekcję pokory. Oboje, choć ja startowałam zdrowa i pełna siły.

Główną Grań Karkonoszy przeszliśmy stosunkowo szybko - w 6,5 godziny. Nie zatrzymaliśmy się na Okraju i jeszcze w przygasającym świetle dziennym ruszyliśmy w stronę Rudaw Janowickich. W Janowicach nie poszliśmy na zupę, tylko zatrzymaliśmy się w sklepie - otwartym tradycyjnie non stop w czasie ultramaratonu. Miałam tam chwilę słabości - usiadłam na skrzynkach w cieple i ciężko mi było się podnieść. Na piątym punkcie kontrolnym w Komarnie usłyszeliśmy, że mamy przed sobą niecałą setkę osób - na ok. 550 startujących - a ja jestem szóstą kobietą, która mija punt. Fajnie. Podnosząco.

A jednak między Komarnem a Łysą Górą upadliśmy oboje - Tomka trawiła gorączka, szedł bardzo wolno, ja go wyprzedałam o jakieś dwieście metrów, a potem kucałam na drodze i czekałam. To był z mojej strony duży błąd - a przecież wiedziałam, że tak się nie robi. Już lepiej, gdybym wracała i podbiegała. Tymczasem wyziębiłam organizm, przewiało mnie i dostałam ataku rwy kulszowej - to silny, rwący ból kręgosłupa, pośladków, promieniujący do nogi. Silny skurcz mięśni skrzywił mi kręgosłup i nie mogłam się wyprostować. To było naprawdę niesamowite.

Jakoś bardziej siłą woli niż siłą organizmów, doczołgaliśmy się do Łysej Góry i tam poddaliśmy.

Organizator zwiózł nas wraz z innymi nieszczęśnikami, którzy odpadli, do punktu wyjścia.

Oboje mieliśmy poczucie klęski. Przespaliśmy się w swoich autach i w tym poczuciu wróciliśmy do domów.

2018 rok - Przejście Kotliny po raz pierwszy

Zapisałam się entuzjastycznie, niezupełnie wiedząc na co. Dopiero dwa tygodnie przed akcją poczułam wzmożone migotanie przedsionków. Nie no, przecież totalnie oszalałam, to jest dla mistrzów, a nie dla amatorów.

Krystian Ogły - czyli czołówka światowa w ultramaratonach - który pięć razy brał udział w Przejściu Kotliny, ustanowił rekord Przejścia i sam go sobie później pobijał - najpierw zaniemówił na widok mojego plecaka, a później wywalił z niego 3/4 rzeczy. I sam plecak wywalił, bo kazał mi wziąć najmniejszy, jaki mam. Uparłam się na szczoteczkę do zębów i pastę, których oczywiście nie użyłam. I uparłam się na karimatę, z której skorzystałam niepotrzebnie. Najważniejsza podpowiedź, jak uważam dzisiaj, dotyczyła butów - miałam wziąć nie wysokie górskie, ale lekkie adidaski do biegania. Wygodne, szerokie, szybkoschnące. W czasie marszu deszcz zmoczył mi je kilka razy, i poranna rosa. Krystian pożyczył mi swoją kurtkę przeciwdeszczową. Najlżejszą kurtkę świata - 80 g. Była moim szczęśliwym fantem - skoro mam kurtkę Krystiana, to przecież muszę sobie poradzić.

Anita Ogły - specjalistka od żywienia sportowców, prywatnie żona Krystiana i jego support w każdym biegowym przedsięwzięciu - kazała mi na tydzień przed startem codziennie jeść makaron i wciągać shoty magnezowe, wyspać się i wypocząć. Rano przed startem spokojnie zjeść śniadanie. Miałam też zaopatrzyć się w żele energetyczne i faktycznie bardzo mi się przydały mniej więcej od 11 punktu kontrolnego.

Do tego wszystkiego znajomy uznał, że będzie na mnie czekał na mecie i odwiezie do domu. To dawało poczucie bezpieczeństwa i pewność, że będę miała prawo czuć się źle po tym wszystkim. Zapewniłam go, że może spokojnie przyjechać w niedzielę w południe, bo na pewno jeśli w ogóle się wyrobię w limicie, to w jego ostatniej minucie. Okazało się zupełnie inaczej.

W czwartek po południu zdałam sobie sprawę, że mam wszystko dopięte na ostatni guzik, a to niebezpieczna sytuacja. Czekałam, kiedy prawo Murphy'ego da o sobie znać. Gdy stałam w drzwiach, okazało się, że mam rozklejone te swoje adidaski. Przyjęłam z godnością. Podjechałam do sklepu i kupiłam drugie takie same, tylko numer większe. I ruszyłam do tej Szklarskiej.

Najbardziej bałam się pierwszego odcinka od Szklarskiej do Okraju, ponieważ należy go przejść w limicie 10 godzin. Tak się bałam, że częściowo go przebiegłam i w drugim punkcie kontrolnym zameldowałam się po 6,5 godzinach. Zjadłam zupę i poszłam w noc. Towarzyszł mi wtedy chłopak, którego imienia niestety dzisiaj nie pamiętam, szedł w każdym razie tak szybko przez Rudawy Janowickie, że musiałam za nim biec, żeby nie zostać sama na szlaku. A do tego lało i te straszne kamienie przy podejściu na Skalnik i zejściu były cholernie śliskie. Wyłączyłam myślenie.

W Janowicach Wielkich zlekceważyliśmy zupę od organizatorów i poszliśmy na banany do sklepu. A potem dalej w ciemność. Chłopak szedł ostro do Radomierza, aż nagle spuchł. Zmęczył się i stwierdził, że nie da rady dalej. Motywowałam go, lecz bez skutku. To było jego trzecie Przejście - i trzecie nieudane. Za każdym razem w którymś momencie coś szło nie tak.

Przez chwilę szłam sama, aż dogoniłam Waldemara. Był twardy. Szedł jak czołg. Na Szybowcowej w barze zrobiliśmy przerwę na jedzenie. Przy stole przyznałam się wtedy, że to dzień moich urodzin a to Przejście jest moim urodzinowym prezentem.

To zaskakujące, lecz nie czując wysiłku, dotarłam do setnego kilometra. Nie wiem, jakie emocje mnie niosły, ale niosły bardzo sprawnie. Znajomemu napisałam, że przepraszam, ale na mecie będę już o 8.00. Dopiero tu popełniłam błąd. Uznałam, że nie po to dźwigam karimatę, żeby się na niej nie położyć i że teraz jest właściwy moment. Wylegiwałam się całą godzinę. Waldemar cierpliwie czekał, aż przestanę. Dołączył do nas jeszcze jeden młody kolega - Rafał. Wreszcie wstałam i mój świat się całkowicie zmienił. Wstałam bez siły. Rozluźnione mięśnie odmówiły posłuszeństwa.

Doczołgałam się w cierpieniu do Górzyńca, czyli do 11 punktu na 111 kilometrze. Widziałam jak Waldemar patrzy na mnie ze współczuciem, kiedy wciągałam dwa żele energetyczne, licząc na cud. Chyba sądził, że to moje ostatnie podrygi. Praktycznie nie pamiętam, jak dotarłam do schroniska na Wysokim Kamieniu, bo pamiętam tylko, że szłam w odległości pół metra od Rafała i wpatrywałam się w odblaskowe paski na jego podkolanówkach. Przysięgam, że widziałam tylko to. I słyszałam jego krótkie komendy: "uważaj", "kamień", "korzeń"... W schronisku naciągnęłam na tyłek długie spodnie, bo zrobiło się bardzo zimno. Wypiłam herbatę i zdarzył się ten cud - odzyskałam siły.

Droga szutrowa przez kopalnię "Stanisław" była drogą przez mękę. Każdy kamień odczuwałam w mózgu. Tym razem odcięło Rafała. W pewnym momencie stanął i koniec. Ściana. Waldemar zaczął się na niego wydzierać, ja zaczęłam się wydzierać na Waldemara, a Rafał stał. Wyciągnęłam dwa ostatnie żele i kazałam mu zjeść. Poszliśmy dalej. Na Polanie Jakuszyckiej Rafał zaczął się telepać z wyziębienia. Był za lekko ubrany. Na stacji benzynowej na próżno prosiliśmy, żeby facet nas na chwilę wpuścił albo żeby zrobił gorącą herbatę. Co za buc. Obiecałam sobie, że choćbym miała pchać swoje auto do następnej stacji, nigdy w życiu u niego nie zatankuję.

Dopadliśmy pobliskiego hotelu, bo na dole paliło się światło. I otworzyło się niebo. Okazało się, że to światło paliło się dla nas, bo małżeństwo, które tam siedziało, też brało udział w Przejściu, ale odpadło w Janowicach, więc teraz dla innych uczestników przygotowało banany, pączki, gorącą herbatę i kawę. Myślałam, że nie wyjdę z tej pięknej łazienki. Znajomemu napisałam - ups, będę o czwartej nad ranem na mecie. Przyjął to nawet nieźle.

Rafał wrócił do żywych i ruszyliśmy na ostatnie kilometry. Nie sądziłam, że będą tak mordercze. Pokonanie nieczynnego toru saneczkowego w ciemnościach i zimnie należało do jednych z większych koszmarów. Waldemar - ten nie stracił sił ani przez chwilę - zaczął nas, nie wiadomo czemu, popędzać. Ja nie mogłam uwierzyć, że tędy prowadzi szlak. Darliśmy się do siebie. Miałam wrażenie, że idę, a z roślin podnosi się coś przeźroczystego i galaretowatego, a ja w tym brodzę - Krystian Ogły uprzedził mnie, że mogę mieć halucynacje. To chyba było to. A miałam nadzieję na więcej.

Przy Wodospadzie Kamieńczyka Waldemar rozpłynął się w powietrzu. Zniknął. Nie było go. Za to Rafał powiedział, że jeśli teraz pobiegniemy, to zmieścimy się w 38 godzinach. Cholera, 10 godzin przed limitem. Jest o co powalczyć. No to pobiegliśmy. Każdy, kto zna szlak ze Szklarskiej na Kamieńczyk, wie, jak dosłownie karkołomny był to pomysł. Wyłączyłam myślenie.

Na metę wpadliśmy po 38 godzinach od startu. To niesamowite uczucie. Odebrałam dyplomik i depozyt z czystymi ciuchami, doczołgałam się do łazienki, z której nie wyszłam przez ponad godzinę, usiłując doprowadzić się do porządku w małej umywalce. O 4 rano siedziałam w ciepłym aucie i nie czułam już nic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *