parallax background

Ściana wschodnia na rowerze Przemyśl – Białystok z finałem w Giżycku

Ruiny Zamku Chojnik
Chojnik i Wodospad Podgórnej
21 lipca, 2020
Góry Wałbrzyskie gwarantują ostre podejścia
6 czerwca, 2020

W osiem dni wyrobiłam na kołach 808, 43 km. Poza pierwszym przejeżdżałam codziennie setkę i więcej. Mózg szybo się przyzwczaił, tyłek - protestował dłużej. Podwójne spodenki rowerowe zdają egzamin, lecz odkryłam to dopiero pod koniec podróży. Za to codziennie zaliczałam pływanie, zwiedzałam, słuchałam historii ludzi, więc dziennej dawki przejechanych kilometrów nie odczuwałam się specjalnie. Zaś kluczem do sukcesu było ranne wstawanie.

Dzień 1. Przemyśl – Stubno – 30,61 km

Z pociągu wysiadłam w Przemyślu po południu. Nie polecam baru po lewej, bo w życiu nie jadłam tak cienkiego żurku i nie piłam tak słabej kawy. Pokręciłam się po mieście i ruszyłam szlakiem Green Velo wzdłuż Sanu.

Po dosłownie kilku kilometrach skręciłam obejrzeć Arboretum w Bolestraszycach. Na prawie 30 ha mieszczą się stawy, fragmenty XIX-wiecznego fortu, park, dwór, w którym mieszkał w XIX w. znakomity malarz romantyczny Piotr Michałowski, specjalista od malowania koni. Piękny, zadbany starodrzew i wiele ciekawych współczesnych kompozycji z rodzimych roślin i egzotycznych.

W Wyszatycach uwagę zwrócił kościół pw. Św. Mikołaja – biskupa wraz trawnikiem, na którym umieszczono rzeźby przedstawiające różne przypadki z życia św. Mikołaja. Dość ciekawe. Za Chałupkami Dusowkimi popływałam w jeziorze – upał dawał się we znaki, a nie wiadomo, gdzie będę spać.

W niedalekim Stubnie, gdy tak stałam na drodze i rozmyślałam, co zrobić ze swoim życiem, mili państwo zaprosili mnie na nocleg – gadaliśmy sobie do północy. W dawnych czasach, zanim nastała telewizja, wędrowiec był mile widzianym gościem, przynosił wieści ze świata i urozmaicenie codzienności. Dzisiaj jest inaczej, bo świat jest skomunikowany i raczej cierpimy na nadmiar informacji i bodźców. A jednak nic, ale to nic nie zastąpi realnej rozmowy przy stole i ciekawości, jaką obdarzamy drugiego człowieka. Gospodarze wyjeżdżali o 7.30 do pracy, więc i ja ruszyłam dalej.

Dzień 2. Stubno – Polanka Horyniecka – 100 km.


Tego dnia trzy razy przejeżdżałam nad autostradą A4, która biegnie od granicy polsko-niemieckiej na zachodzie aż po granicę polsko-ukraińską. Była totalnie pusta, pierwszy raz coś takiego widziałam. Pandemia covid-19 pozamykała granice państw i autostrada, po której zwykle szaleją tiry odpoczywała w słońcu. Trochę smutny widok. W Budomierzu przekroczyłam rzekę Lubaczówkę, podążając wzdłuż granicy z Ukrainą. Pilnowałam telefonu, żeby przypadkiem nie włączyć internetu i nie załapać się na bardzo drogą ukraińską sieć.

W Radrużu zatrzymałam się na dłużej. Stoi tam zachowana piękna barokowa cerkiew prawosławna pw. św. Paraskewy - obecnie muzeum. Zbudowana na wzgórzu w 1599 r., otoczona murem. W XVII w. pełniła również funkcje obronne. Pod jej dachem chroniła się okoliczna ludność podczas najazdów tatarskich. Te drewniane cerkwie, bardzo urokliwe, których odwiedzę jeszcze sporo, są wyjątkowym na skalę światową zjawiskiem. Gdy w Europie w budownictwie dominował już kamień, na słowiańszczyźnie nadal budowano z drewna, którego było pod dostatkiem. Rozwinęła się więc piękna drewniana architektura i zdobnictwo, jakich nie ma nigdzie na świecie. Więcej: http://cerkiew-radruz.horyniec.info/

Planowałam dojechać do Narolu, lecz w jednej ze wsi złapała mnie ulewa, na szczęście w pobliżu wiatki turystycznej. Było jasne, że właśnie w niej spędzę noc. Cała wieś wiedziała, że tam śpię. W nocy nawet ktoś zajrzał i przeprosił, że nie będzie przeszkadzał. Zaś o 5 rano przyszło kilku panów, bo miał podjechać samochód z pieczywem. Jednak nie weszli do środka, tylko stanęli na progu:
- Dzień dobry, wyspała się Pani? Niech sobie Pani spokojnie odpoczywa. Wyciągnęli tylko ukrytą flaszeczkę - że też nic o niej nie wiedziałam! - i ochoczo uraczyli się na progu z ukrytych kieliszeczków. Rozumiem, że żony nie mają problemów, żeby wysłać rano mężów po chleb. Rozmawiali o pracy, o pogodzie, o swoich domach - nie usłyszałam ani jednego słowa narzekania, ani jednego słowa o polityce. "Kurwa", owszem, zdarzyła się.

O 6.30 pojechałam dalej.

Dzień 3. Polanka Horyniecka – Nielisz – 116,44 km.


Rano było jednak zimno. Odpuściłam ciekawe niewątpliwie bunkry linii Mołotowa, bo na myśl o wjeżdżaniu w mokry las robiło mi się słabo. Za to Narol okazał się przyjemnym małym miastem. Wykąpałam w pobliskim jeziorze, a jeden rybak wołał do drugiego, że ma niezłe widoki - dobrze, że nie wrzeszczał na mnie za płoszenie ryb ;) Oprócz pięknego budynku Urzędu Miasta wielkie wrażenie zrobił na mnie pałac Łosiów. Zbudowany w kształcie podkowy, XVIII- wieczny zabytek. W środku znajduje się ponoć 50 komnat - nie policzyłam, bo pałac jest zamknięty, należy do prywatnego właściciela, który powoli przywraca go do świetności.

Później przez Podlesinę, Łosiniec, Zawadki dojechałam do Suśćca, a potem przez Nowiny do Józefowa i dalej do Zwierzyńca, zwiedzając tu Browar i przepiękny Pałac Plenipotenta, czyli XIX-wieczną drewnianą willę, zbudowaną w stylu szwajcarskim, należącą do rodziny Zamoyskich, a obecnie siedzibę dyrekcji Roztoczańskiego Parku Narodowego.

Ze Zwierzyńca pojechałam wprost do Szczebrzeszyna - tak, tego samego od słynnego łamijęzyka ortograficznego "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" - gdybym o tym zapomniała, przypomniałyby mi trzy odmienne figurki chrząszczy w mieście. Poza tym młyn, cmentarz żydowski.

Wzdłuż rzeki Wieprz dojechałam nad Zalew Nielisz z niedużą, zachęcającą mariną. Znalazłam nocleg w eleganckiej agroturystyce. Pani przyniosła mi jajka i pomidory, z których miałam ucztę i wieczorem, i rano.

Dzień 4. Nielisz – Leśniczówka – 98,61 km.


Droga wiodła wzdłuż rzeki Wieprz. Aż do niedużego miasta Krasnystaw i dalej do Chełma. W Leśniczówce za Chełmem chciałam trochę wody, a wylądowałam na imprezie u strażaków. Młodzi ludzie, urządzili sobie ognisko przy remizie. Poza strażackim życiem są to: rolnicy, studenci lubelskiej polibudy, urzędnicy, białe koszule w korporacji tytoniowej, muzykolodzy - zadowoleni z życia, otwarci, weseli, z różnymi pasjami. Zdecydowałam, że śpię w swoim namiocie, zaś oni postanowili zostawić mi klucze od remizy w jednym z aut, które miały zaczekać do rana na swoich właścicieli.

- Tylko niech Pani nie tłucze się w nocy wozem strażackim po wsi, bo będzie na nas.

No spoko. Piłam najlepszy bimber w swoim życiu - kokosowy. Jego dyskretny twórca jest prawdziwym geniuszem. Usypiałam z polskim rockiem w uszach - musiało dudnić w całej wsi, ale nikt nie zawołał policji.

Dzień 5. Leśniczówka – Kodeń – 113,16 km.


Droga biegła jeszcze wzdłuż granicy Ukraińskiej a później Białoruskiej, czasem zbliżając się do Bugu a czasem oddalając od niego.
Pod wsią Żłobek niedaleko Sobiboru znajduje się Muzeum Byłego Obozu Zagłady w Sobiborze - niestety zamknięte z powodu długotrwałej przebudowy i prowadzonych tam prac archeologicznych. Można było przejść jedynie jedną alejką z tablicami opisującymi ponurą historię obozu.

Nad Jeziorem Białym zatrzymałam się na dłużej, bo to był ciepły, słoneczny dzień. W podobny sposób myśleli chyba wszyscy mieszkańcy pobliskich Chełma i Włodawy, bo nad jeziorem było całkiem tłoczno. Za to we Włodawie spokojnie obejrzałam dzielnicę trzech świątyń - pięknie zachowaną Synagogę Wielką - XVIII-wieczną o pałacowej fasadzie, remontowaną akurat cerkiew i rzymskokatolicki barokowy kościół pw św. Ludwika. W małym mieście Kodeniu, do którego dotarłam na nocleg, obejrzałam jeszcze przed snem Bazylikę św. Anny.

Dzień 6. Kodeń – Mielnik – 111,96 km.


Tym razem nie udało się wyjechać wczesnym rankiem, bo się za dobrze spało. To i tak nie przeszkodziło wykręcić na kołach szmat drogi. Wyraźnie zmieniała się pogoda, było niezmiernie duszno. Z Kodenia, w którym jest głównie Bazylika i niska zabudowa domów, pojechałam wzdłuż Bugu do Kostomłotów, w których znajduje się Cerkiew św. Nikity Męczennika z pierwszej połowy XVII w. Piękna, zadbana - Sanktuarium Unitów Podlaskich.

Dziesięć kilometrów dalej leżało na szlaku miasto Terespol. Nieduże, ale dziwne takie - bez rynku, bez ratusza, bez wyraźnego centrum - ot, ulica a wzdłuż niej niskie domy i bloki.
- Bo widzi Pani, to miasto było gospodarczym zapleczem Brześcia, które obecnie leży po stronie białoruskiej. Tu po prostu przygotowywano jedzenie, gromadzono płody rolne, kiszono ogórki. To w zasadzie nie miasto tylko posiadłość Czartoryskich, żeby było im w Brześciu wygodnie - tłumaczy mi tubylec, który uprzejmie zatrzymał się pod sklepem.

- No dobrze - mówię. - Ale nie chcecie nic mieć, nic sobie wybudować i zrobić nową historię?
- Byłoby trudno - odpowiada. - Tu mieszka 5,5 tys. mieszkańców, z czego 2,5 pracuje dla państwa jako straż graniczna, plus ok. 400 policjantów, którzy są na cały region. Niby jakoś mieszkamy, ale bez zapuszczania korzeni i przywiązania do miejsca.

Byłam w szoku. Cieszę się, że Wrocław, pod którym mieszkam, jest piękny.
Wokół Terespola znajdują się ruiny carskich fortyfikacji, będące częścią umocnień wokół Twierdzy Brzeskiej. Nie są zagospodarowane i jakoś fajnie przygotowane do zwiedzania - po prostu zajęte przez roślinność betonowe straszydła.
Pojechałam do Janowa Podlaskiego. Nie zostałam wpuszczona na teren stadniny słynącej z hodowli koni czystej krwi arabskiej. W niedawnych czasach świetności nie byłoby z tym problemu, ale teraz, gdy rząd PiS niefrasobliwie doprowadził do ruiny świetnie prosperujący biznes, słynny na cały świat, nie wpuszczają - nie ma na co patrzeć. Strażnik na bramie przepraszał mnie i cierpliwie tłumaczył, że nie mogę wejść nawet kawałek. Obejrzałam za to pięknie odbudowany pałac barokowy biskupów łuckich z 1770 r.

Z Janowa pojechałam dalej aż do przeprawy promowej przez Bug w Mielniku. Lunęło z nieba, przemoczyło mnie natychmiast do ostatniej nitki i nie da się ukryć, że odebrało to całą przyjemność tej przeprawy. W Mielniku stanęłam przy drodze, nie bardzo wiedząc, co mam robić. Z domu wyszedł człowiek i zaprosił mnie na nocleg. Trafiłam do fantastycznych ludzi z pasjami - jedną z nich była uprawa winnej latorośli i wyrób wina.

- Na inne wino jest tu za zimno, ale białe wytrawne udaje się nieźle, bo gleba jest zasobna w kredę. Zresztą w pobliżu jest kopalnia - wytłumaczyli gospodarze.

Dzień 7. Mielnik – Siemianówka – 142,63 km.


Gospodarze wiedzieli, że chcę wyjechać o 6.00, więc wstali razem ze mną skoro świt, żeby zrobić mi kawę i jeszcze pogadać chwilę - to było bardzo miłe. Jeśli będą kiedykolwiek chcieli przyjechać do Wrocławia... W każdym razie napotykani ludzie przypominają mi o tym, że otwartość to zaleta a nie wada, że choć czasem ktoś myli życzliwość z naiwnością i wykorzystuje, to jednak warto być życzliwym. Mój dom zawsze był otwarty dla ludzi, podczas tej podróży dostałam to samo.

We wsi Rogacze dostrzegłam przepiękną parafialną cerkiew prawosławną pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, z XVIII w. Właśnie rozpoczynało się nabożeństwo, chciałam się wycofać, lecz usłyszałam z tyłu:
- Niech stoi, niech stoi.
No to zostałam. Mogłam dokładnie obejrzeć bogaty wewnętrzny wystrój i słuchać przepięknego, melodyjnego śpiewu.

Później przez Czeremchę, Kleszczele, dojechałam do Hajnówki na obiad. A stamtąd do Białowieży obejrzeć żubry. Nocleg znalazłam w ośrodku wypoczynkowym Siemianówce nad Jeziorem Siemianowskim.

Dzień 8. Siemianówka – Białystok – 95,02 km.


Wczoraj pobiłam swój rekord - 142 km na kołach, więc dzisiaj jednak trochę cierpiałam na swojej ostatniej zaplanowanej setce. Z Siemianówki przez Tanopol, Michałowo, dojechałam do Suśpraśla, które jest miastem uzdrowiskowym. Na wstępie rzucił mi się oczy secesyjny i zapierający dech Pałac Buchholtzów, obecnie siedziba Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Artura Grottgera. Zaś na zwiedzanie Monastyru Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa musiałam zaczekać dwie godziny (poszłam na obiad oczywiście). Warto było - i zjeść, i zaczekać :)
Monaster jest jednym z pięciu prawosławnych klasztorów męskich w Polsce. Ufundowany w 1497 r. Obecnie urzęduje w nim 9 mnichów. Wnętrza pięknie restaurowane, otoczenie w obrębie murów zadbane i pełne kwiatów. Tu znajduje się też muzeum ikon.

Powoli dotarłam do Białegostoku - to jest też piękne miasto. Z przyjemnością piłam kawę na rynku, wiedząc, że to nie konie mojej podróży - postanowiłam pojechać jeszcze przez Ełk do Giżycka - na zaproszenie moich ulubionych #Mazurynaszczyt. Ale to już inna historia.

1 Comment

  1. Daniel pisze:

    Ewa jak zawsze pięknie opisuje swoje przygody, tym razem wschód Polski, piękne zdjęcia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *