parallax background

Weekendowa wyprawa rowerowa po Kaszubach

Czeska strona Gór Izerskich - Hejnice
Czeska strona Gór Izerskich
3 sierpnia, 2020
Ruiny Zamku Chojnik
Chojnik i Wodospad Podgórnej
21 lipca, 2020

Samotna wyprawa rowerowa po Kaszubach - aż żal, że to tylko lekko przedłużony weekend. Co to się zadziało? Kaszuby się zadziały, morze, „Chałupy welcome to”, Kartuzy, koniki, alpaki, sznur jezior i cała masa innych rzeczy, gdy wsiadło się na rower z sakwami. Był nawet moment, że pomyślałam, że poszukam sobie tu męża i zostanę na wieki. Jednakże na kwestię męża musiałam popatrzeć realistycznie, czyli przez pryzmat brudnych od smaru palców po czyszczeniu łańcucha. Więc… innym razem.

Piątek - rano - 20 km

Do pociągu o 6.09 wpadłam w ostatniej chwili, bo mi się zapomniało, że z mojej wsi mam te 20 km dojechać z ciężkim rowerem. Uff, zdążyłam. Koło mnie siedział człowiek, który też wyruszył z rowerem po wybrzeżu, a w ogóle to pomógł mi wtargać rower na peron:

- Widzisz, noszę ze sobą dyktafon i po siódmym piwie go włączam - mówi.
- Nagrywasz ludzi? – w dobie nagrywania wszystkich przez wszystkich nie powinnam się dziwić, ale sprawa okazuje się dużo bardziej ciekawa.
- Nie. Siebie. Odsłuchuję później i sprawdzam, czy jestem dobrym człowiekiem. Kiedy spada Ci poziom świadomej kontroli nad sobą, jesteś najbardziej autentyczny, lubię później poznawać, jaki jestem.

Piątek - przed wieczorem - 37 km

W Gdyni i w deszczu wsiadłam na prom na Hel. Na szczęście na „Początku Polski" przestało padać i mogłam spokojnie poprzepychać rower po plaży. Nie no szaleństwo. Siedząc na tym koniuszku w godzinach już przedwieczornych, przypomniałam sobie, że mój kolega Piotr Ironmen Perucki przejeżdża Polskę dookoła i powinien gdzieś tu być, dlatego dzwonię i słyszę:

- Jestem 50 km od Helu.

No proszę! Nieustannie powtarzam, że powinnam grać o kumulację w Jackpota albo chociaż jakąś zdrapkę kupić. Umówiliśmy się w Jastarni. Jechałam zachwycona morzem – ja, człowiek gór, zatrzymywałam się w każdym porcie i przy każdym zejściu na plażę. Morze w krwiobiegu jest równie ważne jak góry. W Jastarni wspólnie trafiliśmy na pole namiotowe, gdzie pani była tak miła, że znalazła na mój namiocik miejsce, choć go wcale nie było.

Sobota – 106 km.

Nie wstałam na wschód słońca. Na plażę poleciałam już z rowerem i spakowanym bagażem. Na krótko. Za krótko. Jednakże plany były konkretne. Piotr pojechał tam, gdzie ja byłam wczoraj, a później obrał kierunek na Kołobrzeg, zaś ja chciałam tego dnia wylądować w Kartuzach, czyli sto km dalej.

Przez Władysławowo dotarłam do Pucka, zatrzymując się tam chwilę na rynku. Złapał mnie mały deszcz, który przeczekałam w plażowym koszu, popijając podwójne espresso. Puck z pewnością ma śliczny rynek – niewysokie, lecz interesujące architektonicznie kamienice. Wybrzeża trzymałam się mniej więcej do Osłonina, skąd skręciłam rowerem ostro w dół na Kazimierz i Rumię. W Rumii pomotałam się z nawigacją i przez chwilę pojechałam na Redę. Tam też straciłam kask, bo kask nosi się na głowie, a nie na bagażniku. Musiał się, kurczę, odczepić gdzieś.

Wydaje się, że od tego momentu skończyło mi się płaskie. Miałam wrażenie, że jadę ciągle pod górę i faktycznie endomondo pokazało mi prawie tysiąc metrów przewyższeń – musiałam je wyrobić na odcinku ok. 50 km. W lasach między Reszkami a Kamieniem nawigacja odleciała w kosmos, jechałam trochę na czuja, wiedząc, że po prostu muszę na południe. Nad Jeziorem Kamień już przebywało sporo ludzi na urlopie. Chciałam się upewnić u jednego, idącego ulicą w klapeczkach z ręcznikiem:

- Czy dobrze jadę na Kartuzy? – pytam grzecznie.
- NA KARTUZY?!!! – pan zaakcentował każdą sylabę i to mnie zaniepokoiło. – TO STRASZNIE DALEKO – zaniepokoiłam się podwójnie, więc mówię:
- Nawigacja mi pokazywała jakieś 20 km.
- NO WŁAŚNIE! I JAK PANI CHCE TAM DOJECHAĆ? NA ROWERZE?!!!

I w tym momencie umarłam ze śmiechu. Pan na szczęście nie wziął do siebie i też się roześmiał. Mijałam kolejne jeziora – Wysoka, Brzeżonko, Jelonek… I tak dotarłam do Kartuz. Przejechałam tego dnia 106 km, więc byłam już zbyt zmęczona na zwiedzanie. Zapytałam Google o noclegi i zadzwoniłam.

W sercu Kaszub

- Może się pani rozbić u mnie nad jeziorem, jeśli nie będą pani przeszkadzać moi znajomi, którzy też tam obozują.
- Oczywiście, że nie będą. Za chwilę przyjadę.

I w ten sposób znalazłam się w miejscu totalnie prześlicznym. W Łapalicach nad Jeziorem Rekowo. Gdyby ktoś kiedykolwiek szukał dobrego miejsca na nocleg, to polecam Agroturystyka Stajnia Fiord Łapalice.

Rozbici znajomi okazali się emerytowanym kapitanem kutra rybackiego wraz z synami, wnukiem i siostrzeńcem. Byli na swojej corocznej męskiej wyprawie, co oznaczało: namioty, wędki, ognisko, kociołek z najlepszym na świecie gulaszem, butelkę Jim Beama. Tego ostatniego wypiłam naparstek, ponieważ jeszcze chciałam wskoczyć do wody. Pływanie po zmierzchu w świetle księżyca jest czymś absolutnie wspaniałym. Pan kapitan opowiadał o tym, jak w 70 roku zaczął wypływać na połowy ryb:

- Torsje trzymały mnie prawie cały rok. Najpierw rzyga się jedzeniem, później żółcią, a później krwią. Już myślałem, że nic z tego nie będzie. Przez ten cały rok moja matka sądziła, że ja dzień w dzień wracam z pracy nawalony, bo zataczałem się na chodniku – a to błędnik szalał. Na pełny morzu nogi przystosowują się do łapania równowagi i później nie potrafią się zachować na lądzie. Człowiek idzie i kiwa się na wszystkie strony. Ponad czterdzieści lat wypływałem w morze.

Niedziela – 100,87 km.

Wstałam po 5.00, ale nie byłam w stanie wyjechać znad tego jeziora. Wreszcie ruszyłam tyłek przed 10.00, lecz ujechałam tylko 500 metrów i trafiłam na farmę alpak. Mięciutkich, ślicznych misiaczków. Gospodarz zaprosił mnie do środka i poopowiadał:

- Wszystkim zajmuje się mój syn. To on wymyślił tę farmę. Ta alpaka przyleciała z Andów, ma już 20 lat. Tamte też. Dały początek całemu stadu. Bardzo dobrze się tu przyjęły. Z ich wełny robimy kołdry i poduszki.

W Kartuzach - stolicy Kaszub - zwiedziłam klasztor, rynek, pojeździłam po mieście i wokół Jeziora Klasztornego. Prawdopodobnie wtedy naszła mnie myśl, że mogłabym tu mieszkać. Że mi się naprawdę podoba. Tymczasem musiałam skierować się na Tczew.

Jadąc, trafiłam na Rezerwat Jaru Raduni – miejscu totalnie dzikim i pięknym. rezerwatem objęty jest kilkukilometrowy przełom rzeki biegnący przez wzgórza morenowe - poczułam te wzgórza w kolanach. To było przed Babim Dołem – nazwa wsi mnie rozbawia. Zaś za Babim Dołem zjechałam dwa km w las, żeby napotkać Kamienne Wesele – starożytne kręgi kamienne i kurhany.

Przez chwilę później jechałam ruchliwą drogą krajową 224 do Egiertowa i z tego względu nie było to przyjemne, w przeciwieństwie do drogi prowadzącej przez Roztokę do Przywidza, obsadzonej klonami chyba tak samo starymi jak te odwiedzone kurhany.

Opuszczając Kaszuby

Następnie przejechałam się wzdłuż Jeziora Przwidzkiego Wielkiego – od tego momentu rozpoczęła się moja ucieczka przed burzą i trwała do samego Tczewa. Byłam przekonana, że mnie zleje deszcz, ale jednak nie. W Tczewie kupiłam bilet powrotny do Wrocławia.

W sumie przez te trzy dni na Półwyspie Helskim i Pojezierzu Kaszubskim (plus dojazdy na pociąg) wykręciłam ok. 270 km. Moje mięśnie z pewnością długo będą to czuły. To był tylko weekend, ale już ja się postaram, żeby było więcej takich weekendów.

4 Comments

  1. Grzesiek pisze:

    224 to droga wojewódzka, a nie krajowa. Relacja była jednak ciekawa, a ja tylko się czepiam 🙂

  2. Darek B. pisze:

    Brawo Ewo!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *