Sycylia – Spacer z Palermo do Katanii – cz. 2

Sycylia – Spacer z Palermo do Katanii – cz. 1
10 listopada, 2022

Szczyt Monte Rossella (1029 m n.p.m.), (fot. Anna Ciesielska)

Jak to się stało, że wędrując górami, znalazłyśmy się nad morzem? Pan litościwie chciał nas podwieźć i uznał, że lepiej dla nas, jeśli wysadzi nas tu a nie tam, czyli bardzo daleko od naszego szlaku. A prawda jest taka, że nikt na sycylijskiej prowincji nie chodzi na piechotę, bo by się zajechał - stromizny pod górę, stromizny w dół, ani kawałka płaskiej ziemi. Wzbudzamy powszechne zainteresowanie i troskę - dwie kobiety z wielkimi plecakami idą pieszo. Na pewno się zgubiły.

W malutkim mieście Santa Cristina Gela, umiejscowionym oczywiście na wzgórzu, kafejka oferowała babeczki nadziewane pistacjami, masą orzechową, marcepanem, czymś cynamonowym - objadłyśmy się nadmiernie, ale wszystko było zbyt kuszące, żeby przejść obojętnie. Zafundowałyśmy sobie podwójne espresso, bo pojedyncze jest dla nie-Włochów czymś zupełnie niezrozumiałym. W kafejce kilka osób wypijało kawę na stojąco przy barze, zamieniając dwa słowa z barmanem. Reszta miasta jakby wymarła. Wszędzie panowała cisza.

Szłyśmy niezmiennie czerwonym szlakiem. Na rozdrożu napotkani myśliwi zasugerowali nam skręt w lewo.

- Tamtędy nie przejdziecie. Za gęsta roślinność.

Przyjęłyśmy radę, choć wyglądało na to, że nadłożymy drogi. Pod szczytem Monte Leardo (815 m n.p.m.) ustępowałyśmy drogi zasuwającemu punciakowi (jak on tu wjechał?). Kierowca zatrzymał się i załadował na tylne siedzenia nasze plecaki. Dzięki. Na szczyt wbiegłyśmy więc na lekko. Stoi tam drewniano-stalowa wieża ze strażnikiem. Właśnie tym punciakiem nadjechał drugi, żeby go zmienić. Tam nic nie ma, tylko piękny widok. A wieża zwykła, widokowa, bez żadnych udogodnień. Nie wiadomo, czego oni tam pilnują.

Ruszyłyśmy dalej. Na Monte Rossella (1029 m n.p.m.). Ta góra wyróżniała się nagimi, białymi, wapiennymi skałami. Zostawiłyśmy plecaki poniżej i wdrapałyśmy się bez nich. Znalezienie najwyższego punktu na pociągłym grzbiecie zajęło nam dłuższą chwilę. A jednak warto było tam stanąć - z każdej strony roztaczał się widok przepiękny: rozległe pola na pofałdowanej powierzchni, rozsiane zabudowania...

Powoli zbliżał się wieczór, gdy dotarłyśmy do Rezerwatu Bosco del Capelliere. Schronisko Val dei Conti okazało się zamknięte na cztery spusty. Wędrowałyśmy więc wokół góry Pizzo Cipollazzo (732 m n.p.m.) wygodną drogą wśród gęstego boru, który się wcale nie kończył, choć według mapy.cz powinien się skończyć. Tymczasem najpierw zapadał a potem gęstniał zmrok. Las niespodziewanie ożył. Z każdej strony dobiegały nas pochrząkiwania zaniepokojonych dzikich świń. Czarne ogromne kształty przebiegały nam drogę albo uciekały w górę. Nie był to dobry kierunek. Szłyśmy tam. Na zboczu góry Torre del Bosco (968 m n.p.m.) uznałyśmy, że nie mamy siły dalej iść. Zajęłyśmy polanę tuż przy szlaku, rozbiłyśmy namiot, nazbierałyśmy suchego drewna na ognisko, którego nie pali się w rezerwatach, ale zbyt bałyśmy się dzikich świń. Ułożyłyśmy z kamieni okrąg i...

Armagedon, który przetoczył się nad naszymi głowami, pokazał potęgę nieba i gór. Trwał około pięciu godzin. Burza najwyraźniej zaczepiła się o masyw, bo cichła na dwadzieścia minut i bombardowała na nowo ze zdwojoną siłą. Namiot uginał się pod słupem wody, ale wytrzymał. Pioruny waliły, ciemności nie było, a człowiek miał wrażenie, że tuż obok przewalają się czołgi. Przetrwałyśmy.

 
 
Lokalizacja:

Włochy, Sycylia,

Santa Cristina Gela - miasteczko,

Monte Leardo (815 m n.p.m.),

Monte Rossella (1029 m n.p.m.),

Pizzo Cipollazzo (732 m n.p.m.),

Godrano - miasteczko,

Cefalà Diana - miasteczko,

Cozzo Rocca Cavallo (675 m n.p.m.)

Ciminna - miasteczko

bliżej nieznana wieś

Date:

28 września - 13 października 2022 r.

Monte Rossella od drugiej strony (fot. Ewa Chwałko)

Rezerwat Bosco del Capelliere (fot. Ewa Chwałko)

Rezerwat Bosco del Capelliere (fot. Ewa Chwałko)

Nad rzeką, której nie ma

To była ciężka noc i do miasteczka Godrano dotarłyśmy udręczone. Właściciel kafejki pozwolił nam na balkonie wywiesić mokry namiot i udzielił łazienki. Goście pijący poranną kawę przypatrywali się z ciekawością. Wreszcie wyszłyśmy. Na wijącej się w górę i dół drodze, pełnej wyrw, kolein i zdecydowanie nieprzejezdnej zabrał nas picap. Jadąc, minęłyśmy w oddali miasteczko Villafrati. Chłopaki wysadziły nas pod górą Cozzo Rocca Cavallo (675 m n.p.m.), na którą nie weszłyśmy, bo okazał się z każdej strony ogrodzona. Do Ciminny pozostało nam kilka kilometrów.

Wszystko tu jest ogrodzone. Każdy kawałek ziemi. Bardzo często kolczastym drutem. Jeden z Sycylijczyków wyjaśnił nam, że chodzi o zwierzęta - żeby się nie rozpraszały. I to zarówno te hodowlane - krowy, owce i kozy, jak dzikie. Wiele razy na swoje drodze napotykałyśmy bramki powiązane drutem i sznurami. Początkowo nie wiedziałyśmy, czy można je otwierać, czy nie naruszymy cudzej własności. Ale zwykle okazywało się, że nie ma innej drogi.

Ciminna była pusta i gęsto zabudowana. Jedyny sklep pozostawał zamknięty, bo godziny sjesty są święte. Zresztą, mimo początku października, żar lał się z nieba. Fontanna przy kościele w centrum wylewała z siebie wodę niezdatną do picia. Przewędrowałyśmy po ulicach miasta, które z daleka wygląda jakby samo tworzyło górę Cozzo Sant'Anania (570 m n.p.m.), na której zboczach ktoś je wybudował.

Za cel wzięłyśmy sobie brzegi rzeki San Leonadro. Bo przecież przyjemnie byłoby rozbić się nad rzeką... pomoczyć nogi... mieć wodę na gotowanie... mieć wodę do picia... Rzeczywistość okazała się mniej przychylna. Rzeka - wyraźnie wymalowana na mapie grubą niebieską linią - wyschła, wyparowała, objawiła się jedynie niewielką na wpół zarośniętą kałużą, nad którą uwijały się we wszystkie strony jętki. Nie było innego wyjścia. Rozbiłyśmy się tu.
Brak wody to jeden poważniejszych problemów pieszej wyprawy przez Sycylię - nie ma źródeł ani rzek, ratunkiem są napotykane betonowe poidła dla zwierząt, ale te z kolei nie są zaznaczone na mapach. W miasteczku pogrążonym w sjeście żaden sklep nie jest otwarty. Wszędzie panuje cisza. Ciągle chce nam się pić.
 

Nadal pokonywanie ogrodzeń (fot. Ewa Chwałko)

Betonowe poidła dla zwierząt, zasilane wodą z wodociągów (fot. Ewa Chwałko)

Nad morzem po sezonie

Nie schodząc z czerwonego szlaku, dotarłyśmy do drogi okalającej Monte Scardilla (600 m n.p.m.). Tu litościwie zatrzymała nam się para wioząca w aucie wiadra oliwek. Wsiadłyśmy na tył auta, nie bardzo widząc, gdzie ono jedzie. Miłym Sycylijczykom nie mieściło się w głowach, że zamiast leżeć nad morzem, wałęsamy się po sycylijskich bezdrożach. Postanowili więc nie wysadzać nas w miasteczku Montemaggiore Belsito, tylko dalej, na drodze prościutko prowadzącej nad morze. Do którego było naprawdę blisko. Może z 20 km.

Skoro postawili nas tak bardzo przed faktem, postanowiłyśmy pójść za ciosem i pojechać nad morze. Dwóch chłopaków podrzuciło nas nad sam brzeg. O tym, że jest już po sezonie czytelnie informowała nas kłódka zawieszona na zamkniętym campingu. A jednak w jednym z domków mieszkał jeszcze zapóźniony gość, który wywołał nam gospodarza:

- Salvatore! Salvatore!

Salvatore nie mógł udawać, że nas nie widzi i za słoną opłatą (40 euro) wpuścił nas do środka.

Wzburzone morze, krótka, kamienista i brudna plaża - były nasze.

 

Mieszkańcy zamkniętego campingu (fot. Ewa Chwałko)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.